Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy bardzo wcześnie, bo już od 6:30, ponieważ
mieliśmy rozbudowany plan, który i tak nas zaskoczył, ale o tym
później. Poranek rozpoczęliśmy od zjedzenia śniadania w kolumbijskiej
knajpce. Z nowości piliśmy sok wyciskany z lulo, którego do tej
pory nigdzie nie spotkaliśmy. Jest to owoc z rodziny "pomidorowatych" -
bardzo ciekawy w smaku, gdyż przypomina różową gumę do żucia dla
dzieci:) Po śniadaniu udaliśmy się małym busikiem (1500 COP/os) w
kierunku El Fosil.
Jest to muzeum, w którym znajduje się wykopany w 1977 szkielet
kronozaura. Zaczęłam od tego momentu wierzyć w istnienie
dinozaurów:)Faktycznie robi wrażenie. Podobnież te skamieniałości
zostały znalezione właśnie w miejscu, w którym znajdują się obecnie, a
że nie chcieli go przenosić, to wybudowali nad nim budynek:) W tym małym
muzeum znajdują się także inne skamieliny, jednak zdecydowanie
mniejsze. A tak w ogóle to kronozaur był dinozaurem podwodnym, gdyż
obecne tereny Villa de Leyva i okolic były całe pod wodą.
Następnym naszym celem było El Infernito, czyli obserwatorium
astronomiczne i właśnie tu zaczęły się schody.... Okazuje się, że autor
przewodnika "Lonely planet" chyba nie dotarł to zwiedzanych przez nas
dzisiaj miejsc, bo podane w przewodniku odległości były zdecydowanie
zaniżone... Jednym słowem przeszliśmy piechotą 4 km w jedną stronę
zamiast 2km do El Enfernito i na dodatek okazało się, że z niejasnych
przyczyn jest zamknięte.... Nietrudno wyobrazić sobie nasze miny po
dotarciu do celu... Także wróciliśmy 4 km do El Fosil i udaliśmy się
piechotą w kierunku farmy strusi i parku dinozaurów, które miały być
oddalone od El Fosil o raptem 1 km, a w rzeczywistości okazało się, że
każde z nich było oddalone o 3 km i to w inną stronę, także wybraliśmy
się tylko do parku dinozaurów. Jest to bardzo ładny, górzysty
teren, z przeróżnymi makietami (ponoć w rzeczywistych rozmiarach)
dinozaurów. Zarówno cały wygląd parku jak i efekty dźwiękowe rozbudzają
wyobraźnię:)
Droga powrotna (ok 8km)przerażała mnie na samą myśl, bo busiki które
miały jeździć i nas odebrać jakoś do tej pory (a ta nasza piesza wyprawa
kilka godzin trwała...) się nie pojawiały.... Na szczęście napotkaliśmy
na swej drodze przesympatycznego kierowcę ciężarówki, który na nasz
widok się zatrzymał i zaproponował podwózkę. Oczywiście mieliśmy pewne
obawy, ale zmęczenie wzięło górę - i całe szczęście, bo pan nas podwiózł
na sam główny plac w Villa de Leyva i jeszcze polecił świetną knajpkę z
dobrym jedzonkiem. Dał jeszcze wskazówkę , żeby zamówić danie dnia, a
to się okazała słuszna uwaga, bo w menu (dla turystów) 1 danie
kosztowało ok 20000 COP, a to polecone przez niego zawierało zupę,
drugie danie i sok ze świeżych truskawek i kosztowało 9000 COP....
Następnie w planach mieliśmy wycieczkę do wodospadów La Perikera. Po drodze do dworca autobusowego kupiliśmy masato
- jest to gęsty, biały napój na bazie ryżu z cynamonem (bardzo
smaczny). Potem wsiedliśmy w busika i za 3500 COP za osobę dojechaliśmy
do wodospadów (tzn trzeba było do nich jeszcze dojść piękną górzystą,
ale za to przepiękną drogą...). Spędziliśmy tam troszkę czasu i
wróciliśmy busikiem (wcześniej ustaliliśmy z panem o której dokładnie
będzie koło nas przejeżdżał...).
Resztę dnia spędziliśmy w miasteczku, spacerując, pijąc lokalne specjały
i...... korzystając z usług fryzjerskich (tzn Kacper skorzystał).
Jutro mamy w planie udać się w kierunku San Gil, jadąc przez Arcabuco. Wyjazd jest planowany na 7:00:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz