Ponownie mamy kontakt z cywilizacją, także czas na krótką relację z naszej dwudniowej wycieczki po Parku Tayrona.
Wczoraj z rana ok 8:30 wyruszyliśmy busikiem z Santa Marta w kierunku
naszego celu (koszt 5000COP za osobę). Droga zajęła nam ok 1h. Po
zakupieniu biletów (niestety zapomnieliśmy mojej legitymacji studenckiej
i tym samym wyszło nam sporo więcej) przesiedliśmy się w inny busik i
podjechaliśmy jeszcze troszkę, po czym rozpoczęliśmy nasz spacer,
połączony z trekingiem po parku. Rzeczywiście fauna i flora robią
wrażenie. Docieraliśmy do celu w towarzystwie wielkich, czerwonych
mrówek, spacerujących pasmami, jedna za drugą i noszących malutkie
liście akacji. Dookoła nas śpiewały kolorowe ptaszki, przed nogami
przebiegały przeróżne, kolorowe jaszczurki, a nad głowami przelatywały
małe i duże motyle. Warto też wspomnieć o niebieskawo - pomarańczowych
lądowych krabach i kolorowych żabach.
Tak czy inaczej wróciliśmy do Santa Marty, wlewaliśmy w siebie hektolitry płynów (głównie zimną lemoniadę z limonek) i wreszcie zjedliśmy porządny obiad.
Jutro ostatni dzień w ciepłym klimacie i wieczorem ok 20 wylatujemy w kierunku Bogoty..
Spacer, połączony ze wspinaczką zajął nam ok 1,5h zanim troszkę zmęczeni dotarliśmy na plażę El Cabo San Juan. Całe wybrzeże, które udało nam się zobaczyć w Parku Tayrona
robi wrażenie. Ładna plaża, silne fale, w przyjemnie chłodnej
(chłodniejszej niż dotychczas) wodzie i wszędobylskie kraby. Niestety,
tak jak na jedno z najpopularniejszych miejsc w Kolumbii przystało -
jest tu mnóstwo turystów. Pewnie to sprawiło, że jednak dla nas nadal
najpiękniejsza pozostaje mała wyspa Mucura. Noc spędziliśmy w hamakach, przykryci moskitierami (niestety nie było szans dostać hamaków w Miradorze - domku na skale przy zatoce), także było ciekawie:)
Dzisiejszy dzień z kolei rozpoczęliśmy od trekingu w kierunku El Pueblito.
Muszę przyznać, że dla samej wspinaczki warto iść, bo cel nie robi
wrażenia. Zabraliśmy oczywiście za mało napojów, ale tym razem
uśmiechnęło się do nas szczęście i na górze spotkaliśmy dwoje małych
dzieci, które sprzedawały napoje... To było coś niesamowitego, bo my
ledwo żyliśmy, a one nie dość, że całą drogę taszczyły skrzynki z
napojami, to na dodatek nie wyglądały na zmęczone i jeszcze na górze
grały w piłkę:)
Po tej męczącej wędrówce wzięliśmy półgodzinną, orzeźwiającą kąpiel w
morzu i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Oboje stwierdziliśmy, że nie
pamiętamy, kiedy i czy w ogóle byliśmy aż tak zmęczeni i odwodnieni...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz