środa, 31 grudnia 2014

Teneryfa - dni 7 - 11

Druga część pobytu na Teneryfie spędziliśmy na pobliskiej plaży z pięknym wulkanicznym piaskiem - playa la arena. Pogoda była znakomita, niebo bezchmurne a temperatura oscylowała w okolicy 25 stopni. Jedynie jednego dnia niebo było zachmurzone przez cały dzień ale mimo to było dość ciepło i można było spędzić czas na spacerach.
Widok z hotelu
 W sylwestra większość restauracji w Puerto de Santiago była normalnie otwarta z tym że w części z nich były zamknięte kolacje ( wymagana była wcześniejsza rezerwacja, a ceny za osobę wynosiły od 25 do 70 euro). Mimo to jak ktoś nie miał ochoty uczestniczyć w takiej kolacji to bez problemu można było znaleźć restaurację podająca normalne dania z karty.
W naszym hotelu Los Dragos del Sur była uroczysta kolacja od 20:30 do 22:30. Uczestnictwo w niej wymagało dopłaty między 20 a 35 euro w zależności od tego jaki pakiet wyżywienia dany gość miał wykupiony. My nie skorzystaliśmy z tej możliwości i zamieniliśmy kolację na zwykły lunch w godzinach 13:30-15:00.
O północy w całym Puerto de Santiago i Los Gigantes głośno było od wystrzałów fajerwerków. Ponadto na Nowy Rok popularne są winogrona puszkowane - "Uvas de fin de ano", które ludzie jedzą na szczęście.

Winogrona na koniec roku

sobota, 27 grudnia 2014

Teneryfa - dzień 6

Dziś wybraliśmy się na ostatnia podróż samochodem po Teneryfie. Za pierwszy cel obraliśmy miasto Icod de los Vinos ze względu na sławne drzewo - drago tree. Podobno ma ono ponad 1000 lat. Do miasta dojazd był bardzo łatwy, ale do samego drzewa już niestety nie. Niestety nie było zbyt wielu znaków wiec musieliśmy zapytać o drogę przechodniów. Samochód zaparkowaliśmy na parkingu podziemnym w okolicy Parque del drago. W okolicy jest wielu naganiaczy zapraszających na darmowe degustacje wina, serów i mojo. Samo drzewo najlepiej podziwiać bez wchodzenia do parku. Można też zrobić ładne zdjęcie.
Drago Tree

Następnie udaliśmy się do Garachicho. Do 1706 roku był to rozwijający się port, kiedy to wybuch wulkanu i lawa zniszczyły większa cześć miasta. Obecnie można podziwiać pozostałości dawnego portu -puerta del tierra, usytuowana obecnie w głębi lądu. W mieście nie ma plaży ale są wulkaniczne oczka wodne wypełnione wadą z oceanu do których prowadzą wykute w skałach schodki.

"Plaża"
Na obiad zjedliśmy tradycyjna zupę kanaryjska i gotowana ośmiornicę w knajpie Casa Ramon. Miejsce to zdecydowanie różni się od współczesnych restauracji, a toaleta to praktycznie dziura w ziemi. Mimo to obiad był bardzo smaczny.

Następnie udaliśmy się w kierunku Punta de Teno. Gdy dojechaliśmy do Buenavista del Norte zaniepokoił nas fakt że znaki prowadzące do Punta de Teno były zasłonięte. Mimo to podążyliśmy za nimi aż dotarliśmy do znaku informującego że dalsza droga jest zamknięta. Jak później przeczytaliśmy w internecie droga została zamknięta 30 września 2013 i nie będzie otwarta prawdopodobnie aż do pierwszych miesięcy 2015. Polecamy zatem sprawdzić czy droga jest otwarta przed jechaniem w tamta stronę. Można to zrobić pod adresem: www.puntadeteno.com
Ponieważ do momentu oddania samochodu mieliśmy jeszcze trochę czasu zdecydowaliśmy się pojechać na plażę - Playa de San Juan. Miejsce to nas rozczarowało głównie ze względu na umiejscowienie plaży w jednej malej zatoce razem z portem. Ponadto plaza okazała się kamienista.

czwartek, 25 grudnia 2014

Teneryfa - dzień 5

Po śniadaniu wybraliśmy się samochodem do Loro Parque. Droga minęła nam bez żadnych problemów gdyż jest bardzo dobre oznakowanie prowadzące pod sam park. Bilet wstępu do parku jest moim zdaniem dość drogi gdyż dla osoby dorosłej to koszt 34 euro. Do tego w samym parku pobierają opłaty nawet za toalety.
W parku jest kilka pokazów które odbywają się o określonych godzinach. Są to: pokaz orek, pokaz lwów morskich, pokaz delfinów i pokaz papug. Szczegółlnie pierwsze dwa przypadły nam do gustu.
Osobiście do tej pory nigdzie nie mieliśmy okazji podziwiać występów orek. Przed pokazem można kupić za 3euro płaszcze od deszczu. Jak się później okazało były one bardzo przydatne dla osób z pierwszych rzędów gdyż tym co orki robiły znakomicie było polewanie publiczności wodą na różne sposoby.
Orka polewająca wodą

Poza pokazami w parku można podziwiać między innymi różnorodne papugi, goryle, mrówkojady, białe tygrysy, krokodyle, meduzy czy wielkie żółwie. Park jest przepięknie zagospodarowany i na pewno wart odwiedzenia. Zwiedzenie parku zajmuje minimum pól dnia ale z powodzeniem można tam spędzić więcej czasu. Możliwe jest tez opuszczenie parku na chwilę i powrót tego samego dnia.
Papuga

Meduza
Z Loro Parque pojechaliśmy do miejscowości  La Orotava, opisywanej w przewodniku Lonely Planet jako prawdziwe kanaryjskie miasto. Miejscowość faktycznie była urokliwa, ale niestety ze względu na dzień świąteczny miejsca warte odwiedzenia były zamknięte. Szczególnie zaskoczył mnie fakt ze zamknięte były Jardines Victoria które zgodnie z informacjami zawartymi w przewodniku Lonely Planet miały być otwarte codziennie od 9 do północy. Niestety jak się okazało faktyczne godziny otwarcia znacznie się różniły: 9-18 od poniedziałku do piątku i 10-15 w sobotę i święta.
La Orotava

środa, 24 grudnia 2014

Teneryfa - dzień 4

Dziś nadszedł czas na rozpoczęcie samochodowego objazdu Teneryfy. Kilka tygodni przed przyjazdem zarezerwowaliśmy w CICAR fiata punto na 3 dni za 102 euro. W rzeczywistości dostaliśmy Opla Merive co nie stanowiło dla nas większej różnicy.
Na pierwszy cel wybraliśmy wulkan Pico del Teide. Jadąc z Puerto de Santiago dotarliśmy na miejsce w nieco ponad godzinę. Bilet w obie strony kolejką linową to koszt 26 euro za osobę.

Kolejka linowa

Na wjazd na wulkan nie musieliśmy długo czekać i po około 20 minutach mogliśmy podziwiać już leżący na szczycie wulkanu śnieg. Ze względu na lód dwie z trzech możliwych dróg spacerowych były niedostępne w tym ta prowadząca na szczyt. Zatem nawet gdyby udało nam się uzyskać wcześniej pozwolenie na wejście na szczyt to i tak nie moglibyśmy z niego skorzystać. Na wulkanie oddycha się dość ciężko i do tego czuć zapach siarki.
Śnieg
Pico del Teide
Po zrobieniu kilku zdjęć zjechaliśmy na dol. W dalsza drogę udaliśmy się do miasta Vilaflor gdzie planowaliśmy zjeść obiad. W restauracji Casa Pana, jednej z dwóch w tym mieście, skusiliśmy się na zupę czosnkową oraz lokalna specjalność - królika z czarnymi ziemniakami. Niestety jedzenie okazało się raczej słabej jakości. Najlepsze były pieczone ziemniaczki które niestety nie wiem czym poza ceną różniły się od dostępnych również ziemniaków w.mundurkach - papas arrugadas. Ponadto dobre były bułeczki z dwoma sosami które dostaliśmy jako czekadełko. Niestety niemiłym zaskoczeniem było ze to czekadełko o które nie prosiliśmy na rachunku wystąpiło w cenie 2 euro.. Osobom odwiedzającym Vilaflor polecam omijanie tej restauracji szerokim łukiem.
Następnie udaliśmy się do Los Cristianos. Zgodnie z naszymi przypuszczeniami było to wielkie, pełne hoteli i turystów miasto. Wzdłuż plaży biegnie otoczona palmami promenada, którą milo jest spacerować.

wtorek, 23 grudnia 2014

Teneryfa - dzień 3

Po śniadaniu ze względu na brak plażowej pogody (słonce przebijało się przez chmury) zdecydowaliśmy wybrać się na spacer doliną Masca. Niestety nie mogliśmy skorzystać juz z komunikacji miejskiej bowiem autobus 325 odjeżdża z Puerto de Santiago/Los Gigantes o 8:20 i tylko w ten sposób można złapać autobus 355 z Santiago del Teide o godzinie 10:35. My zdecydowaliśmy się wyruszyć o 9:40 dlatego też musieliśmy skorzystać z taksówki za 25 euro (każdy z autobusów kosztowałby około 3euro/osoba).

Widok na Masca
 Spacer wąwozem zajął nam około 3,5 godziny. Jest to 6km spacer po skałach. Warto mieć ze sobą wygodne buty i dużo wody. Gdy dotarliśmy na wybrzeże, za 10 euro/osoba kupiliśmy bilety na motorówkę (Mascaexpress.com) która zabrała nas do Los Gigantes. Można oczywiście wspinać się z powrotem tą samą drogą. My jednak nie mieliśmy już ochoty na dalszą wspinaczkę.

W trakcie spaceru

Powrót motorówką

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Teneryfa - dzień 2

Dzień zaczęliśmy od urozmaiconego śniadania w hotelu Los Dragos del Sur. Mogliśmy wybierać wśród wielu smacznych dań, 3 rodzajów soków oraz kawy i herbaty (rumianku, czarnej, czerwonej, zielonej). Wszystko było bardzo smaczne.
Po śniadaniu udaliśmy  się na plażę Playa la Arena. Jest to mala plaża położona w zatoce pełna czarnego wulkanicznego piasku. Piasek ten pięknie błyszczy się w promieniach słońca.
Playa la Arena

Piasek z bliska

Na lekki obiad poszliśmy do pobliskiej hiszpańskiej knajpki (Tasca J. Ramon) na tapas. Zamówiliśmy małże, małe smażone kalmary (chopitos), tortilla espanola i ziemniaki w mundurkach (papas arrugadas) z 3 sosami (mojo). Podobno te ziemniaki to tradycyjne danie na wyspach kanaryjskich. Najedzeni poszliśmy podziwiać klify w Los Gigantes.
Los Gigantes

Teneryfa - dzień 1

Na Teneryfę dotarliśmy samolotem Ryanair z lotniska Warszawa Modlin. 

Lot trwał 6 godzin i trochę nam się dłużył. Po wylądowaniu, z uwagi na brak bagaży rejestrowanych, od razu udaliśmy się na dworzec autobusowy zlokalizowany przed wejściem na lotnisko. Autobusem 111 dotarliśmy do Los Cristianos (40 minut, 3,1euro/osoba) a następnie autobusem 473 do Puero de Santiago (80 minut, 4,65euro/os). Przystanek autobusowy okazał się być przed wejściem do naszego hotelu Los Dragos del Sur.
Widok z okna w hotelu

sobota, 8 listopada 2014

Jamajka - dzień 13

Po śniadaniu postanowiłem pojechać na pobliską popularną plażę Helshire. Na miejśce planowałem dotrzeć autobusem 1A z terminalu Half Way Tree. Gdy dotarłem na dworzec autobusowy okazało się że w sobotę autobusy na plażę nie jeżdzą... Jeżdzą od poniedziałku do piątku oraz w niedzielę. A w sobotę wyjątkowo nie! Zaproponowano mi podróż z przesiadką w Naggo Head. Nie mając innego wyboru skorzystałem z tej możliwości. Autobus do Naggo Head kosztował 120 JMD. Droga do celu niestety mi się trochę wydłużyła bowiem kierowca zapomniał powiedzieć mi gdzie mam wysiąść a gdy w końcu postanowiłem zapytać czy jeszcze daleko okazało się, że już dawno mój przystanek przejechaliśmy. Kierowca zatrzymał autobus jadący w przeciwną stronę i poprosił aby zabrał mnie do Naggo Head. Gdy dotarłem do punktu przesiadkowego bez trudu znalazłem taksówkę w której były już 4 inne osoby jadące na plażę. Przejazd kosztował kolejne 120 JMD.
Sama plaża mnie trochę zaskoczyła, bo w istocie były to bary serwujące świeże ryby i owoce morza z których wchodziło się praktycznie do wody.Zająłem sobie miejsce w restauracji z zacienionymi leżakami przy samej wodzie. Dzięki temu mogłem kąpać się mając jednocześnie na oku moje rzeczy.
Na plaży byłem jedynym turystą, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. 
Gdy zgodniałem, z wielkiej skrzyni wybrałem sobie jedną ze świeżych ryb, którą następnie mi przygotowali i podali razem z trzema tzw. "festivals". Ryba była znakomita i jedyną jej wadą była cena bo kosztowała 1200JMD a była raczej z tych mniejszych. 
Droga powrotna do Kingston odbyła się już bez żadnych przygód.
Juro o 8 wylatuję w drogę powrotną do Polski.

czwartek, 6 listopada 2014

Jamajka - dzień 11

Długo nic nie pisałem bo moje życie koncentrowało się jedynie na kursowaniu między hotelem i biurem.
Dziś na śniadanie odkryłem kolejną tradycyjną lokalną potrawę - zupę kukurydzianą czyli cornmeal porridge. Przypominało mi to trochę kaszę manną z tym że dużo bardziej mi smakowało.

Po pracy zdecydowałem, że muszę koniecznie spróbować najlepszych lodów na Jamajce, które można kupić w lodziarni Devon House I Scream. Droga do lodziarni prowadzi przy ruchliwej ulicy Trafalgar a samo wejście do niej znajduje się przy ulicy Waterloo. Lodziarnia otwarta jest aż do godziny 10 wieczorem. Co się tyczy zaś zamych lodów, to za cenę 300 JMD dostajemy solidną porcję lodów, którą można porównać do 3 gałek kupionych w Warszawie. Na próbę zamówiłem lody o smaku rumu z rodzynkami i faktycznie były znakomite. Jutro będę musiał wybrać się chyba ponownie na degustację innego smaku!

niedziela, 2 listopada 2014

Jamaika - dzień 6

Dziś o 9:30 wyruszełem autobusem Knutsford Express w stronę Ocho Rios. Bilet w jedną stronę kosztował mnie 1800 JMD. 
Na miejscu przywitał mnie deszcz i praktycznie całkowite zachmurzenie nieba. Na szczęscie było ciepło. Brak ładnej pogody skomplikował znacznie moje plany. Na początku wybrałem się na deszczowy spacer po mieście. Okazało się że jest znacznie bardziej turystyczne niż Kingston. Ceny często podawane są w USD i do tego jest znacznie drożej niż w stolicy. 
Gdy była już godzina 12 i deszcz trochę ustał, to znalazłem taksówkę, którą za 5 USD udałem się w stronę wodospadów Dunn's Falls. Wstęp to koszt 20 USD. Ważne aby mieć ze sobą buty do chodzenia w wodzie bo inaczej przyjdzie nam wydać 7 USD na wynajęcie butów lub 19 USD na ich zakup. Kolejnym kosztem od jakiego trudno uciec to skrytki na rzeczy które kosztują 5 USD oraz 3 USD kaucji za kluczyk.
Przed przybyciem do Dunn's Falls wyczytałem, że dobrze mieć przewodnika który przejdzie z nami przez wodospad. Dlatego też, po schowaniu rzeczy do szafki udałem się na poszukiwania przewodnika. Chyba ze względu na brzydką pogodę miałem przewodnika na wyłączność, który dodatkowo wziął mój aparat aby robić mi zdjęcia w trakcie wspinaczki po wodospadzie.  Muszę przyznać, że była to bardzo ciekawa przygoda.

Gdy opuszczałem teren wodospadów była już po godzinie 14, zatem zdecydowałem udać się na obiad. Na miejsce docelowe wybrał zlokalizowane w Drax Hall Scotchie's, które to miejsce jest lokalnym centrum tradycyjnej potrawy "Jerk Chicken". Na obiad dotarłem za 1 USD taksówką tzw. "route taxi", która jest swego rodzaju zbiorowem transportem. W restauracji spędziłem więcej czasu niż przewidziałem bowiem jak skończyłem już jeść to znowu zaczął intensywnie padać deszcz.

Gdy na chwilę deszcz przestał padać, ruszyłem w stronę drugiego celu - Mystic Mountain. Niestety gdy dotarłem do celu, to nie dość że deszcz zaczął padać intensywniej to jeszcze okazało się że własnie zamykają. Zaskoczyło mnie to trochę bo była dopiero godzina 15:30. W związku z zaistniałą sytuacją nie pozostało mi nic innego jak znaleźć kolejną taksówkę i wrócić do Ocho Rios.
Deszcz niestety rozpadał się na dobre, więc po tym jak trochę pokręciłem się po mieście zdecydowałem udać się na dworzec autobusowy, żeby tam pod dachem poczekać ponad 2 godziny na mój autobus. Gdy dotarłem na miejsce okazało się, że właśnie odjeżdza wcześniejszy autobus do Kingston, w którym były wolne miejsca. W ogóle nie wahałem się aby skorzystać z tej możliwości. 

sobota, 1 listopada 2014

Jamajka - dzień 4 i 5

W piątek na śniadanie miałem okazję spróbować kolejnych Jamajskich smakołyków : brown stew fish oraz fried breadfruit.


W sobotę na śniadanie nic ciekawego nie było, ale że to weekend zdecydowałem się trochę pozwiedzać. Wybrał się w stronę polecanej mi wyspy Lime Cay. Z hotelu udałem się w stronę przystanku autobusu 98, który jedzie do Port Rolay, z którego podobno pływają łódki na Lime Cay. 
Idąc, zdecydowałem się skorzystać z lokalnego transportu zbawiony obietnicami naganiacza, że dowiozą mnie bezpośrednio do Port Royal. Niestety, nie okazało się to najlepszym rozwiązaniem. Autobusem tym dotarliśmy do Downtown Market i tam wszyscy lokalni wysiedli. Mi kierowca kazał jednak zostać. I tak przez kolejne 30 - 40 minut siedziałem w tym autobusie, który z żółwim tempem jechał przez targowisko naganiając kolejnych podróżnych. Gdy przejechaliśmy całe targowisko, kazali mi wysiąść i szukać sobie innego autobusu.... Na szczęście targ kończył się przy samym dworcu autobusowym gdziem znalazłem autobus 98. Plusem skorzystania z lokalnego transportu była możliwość zobaczenia z bliska jak wygląda lokalny targ, na który raczej nie wybrałbym się na spacer.
Jadąc właściwym autobusem do Port Royal dotarłem już całkiem sprawnie. Niestety na miejscu okazało się, że z łódką nie jest tak łatwo i muszę poczekać aż zbierze się więcej osób. I tak sobie czekałem 2 godziny, aż w końcu pojawiły się 3 osoby zainteresowane wycieczką na wyspę. Bilet w obie strony kosztował 1000 JMD. Wyspa okazała się bardzo mała ale i malownicza. Niestety nie można było na niej komplet nic kupić ani do picia ani do jedzenia. Całe szczęście, że miałem ze sobą małą butelkę wody i trzcinę cukrową kupioną jeszcze w Royal Port. Godzinę później przyjechałą znowu łódka wypełniona tym razem po brzegi jamajczykami, którzy mieli ze sobą wielkie przenośne lodówki wypełnione jedzeniem, napojami i alkoholem. Cóż, oni wiedzieli jak się sprawy mają na wyspie.

Z wysypy wróciłem około godziny 16 i udałem się do polecanej przez TripAdvisor restauracji Gloria. Na obiad zamówiłem grilowanego homara, który kosztował około 45 zł. Zatem był dość tani. Niestety czekałem na niego około godziny. Jak go jednak już dostałem to miałem wrażenie że kelner zapomniał mi go podać bowiem nie był zbyt ciepły. Mimo to bardzo mi smakował. Razem z kalmarem spróbowałem lokalnych specjałów: bammy i festival.

Jutro jadę do Ocho Rios.

środa, 29 października 2014

Jamajka - dzień 3

Dzisiejszy wpis będzie pod znakiem jedzenia :)
Na śniadanie miałem okazję spróbować tradycyjnej potrawy: Akee & saltFish oraz smażonych pierożków (fried dumplings), które przypominały mi zakalca podsmażonego na głębokim tłuszczu. Obie potrawy były bardzo oryginalne w smaku.
Na obiad odwiedziłem lokalną pierogarnię Juici Patties. Pierożek z wołowiną i zupa z kurczaka były znakomite. Niestety pierożek z krewetkami był średni.
Po pracy już tradycyjnie odwiedziłem pobliski supermarket John R Wong, żeby zobaczy co ciekawego można znaleźć na półkach. Oto co udało mi się wypatrzyć:
  • sok z owoca guanabana (ang. soursop), który podobno znakomicie nadaje się do walki z rakiem
  • śliwkę jamajską - June Plum - o bardzo oryginalnym kształcie
  • Wino Red Label Wine, które podobno jest lokalnym hitem
  • Wino Magnum Tonic Wine, które zgodnie z opisem na opakowaniu dodaje dużo energii
  • Marmoladę z guawy, której nie widziałem od mojego ostatniego pobytu na Kubie




wtorek, 28 października 2014

Jamajka - dzień 2

Dziś zaskoczyło mnie menu na śniadanie. Mianowicie do wyboru były między innymi gotowany banan czy wątróbka. Banan moim zdaniem był w ogóle bez smaku ale za to wątróbka była znakomita - delikatnie pikantna i soczysta. W biurze okazało się, że gotowany banan to jeden z przysmaków Jamajczyków, więc chyba będę musiał dać mu drugą szansę.

Na Jamajce bardzo popularne są napoje na bazie imbiru. Zaczynając od herbaty imbirowej, przez piwo imbirowe, kończąc na winie imbirowym. Pewnie są jeszcze inne wynalazki ale te na chwilę obecną udało mi się zauważyć. Piwo imbirowe nie ma nic wspólnego ze znanym w Polsce piwem z sokiem imbirowym. Talawah Ginger Beer ma dość ostry smak, charakterystyczny dla imbiru. Palenie w buzi czuć jeszcze przez dłuższy czas po wypiciu.

Mimo, iż moja droga z biura do hotelu jest dość krótka, to lokalni zdązą mi zaproponować wiele rozrywek takich jak palenie zioła oraz umożliwić mi pożyczenie sobie jednego dolara. Co ciekawe o pieniądze najczęsciej pytają Jamajki.


poniedziałek, 27 października 2014

Jamajka - dzień 1

Na Jamajkę doleciałem w ramach podróży służbowej. Leciałem przez Chicago (LOT) i Miami (American Airlines) co łącznie zajęło mi około 27 godzin. Po przybyciu na miejsce musiałem swoje odczekać w długiej kolejce do kontroli paszportowej. Jeszcze na lotnisku wymieniłem 100 USD na dolary jamajskie JMD po kiepskim kursie 1 USD - 95 JMD.
Szukając taksówki którą chciałem dojechać do hotelu Jamaica Pegasus, uwagę moją zwrócił fakt, że taksówkarz który zaproponował mi transport, zapłacił innemu Jamajczykowi za podstawienie samochodu. Kurs z lotniska do dzielnicy New Kingston to wydatek 30 USD, ale cenę warto ustalić przed udaniem się w podróż.
Na Jamajce jak się okazuje obowiązuje ruch lewostronny co szybko sprawiło, że zrezygnowałem z rozważania o wynajęciu samochodu.
W biurze na moją uwagę zwróciły pomarańcze z zieloną skórką, które były bardzo słodkie i soczyste mimo iż kolor ich skórki wskazywałby na coś zupełnie innego