W piątek na śniadanie miałem okazję spróbować kolejnych Jamajskich smakołyków : brown stew fish oraz fried breadfruit.
W sobotę na śniadanie nic ciekawego nie było, ale że to weekend zdecydowałem się trochę pozwiedzać. Wybrał się w stronę polecanej mi wyspy Lime Cay. Z hotelu udałem się w stronę przystanku autobusu 98, który jedzie do Port Rolay, z którego podobno pływają łódki na Lime Cay.
Idąc, zdecydowałem się skorzystać z lokalnego transportu zbawiony obietnicami naganiacza, że dowiozą mnie bezpośrednio do Port Royal. Niestety, nie okazało się to najlepszym rozwiązaniem. Autobusem tym dotarliśmy do Downtown Market i tam wszyscy lokalni wysiedli. Mi kierowca kazał jednak zostać. I tak przez kolejne 30 - 40 minut siedziałem w tym autobusie, który z żółwim tempem jechał przez targowisko naganiając kolejnych podróżnych. Gdy przejechaliśmy całe targowisko, kazali mi wysiąść i szukać sobie innego autobusu.... Na szczęście targ kończył się przy samym dworcu autobusowym gdziem znalazłem autobus 98. Plusem skorzystania z lokalnego transportu była możliwość zobaczenia z bliska jak wygląda lokalny targ, na który raczej nie wybrałbym się na spacer.
Jadąc właściwym autobusem do Port Royal dotarłem już całkiem sprawnie. Niestety na miejscu okazało się, że z łódką nie jest tak łatwo i muszę poczekać aż zbierze się więcej osób. I tak sobie czekałem 2 godziny, aż w końcu pojawiły się 3 osoby zainteresowane wycieczką na wyspę. Bilet w obie strony kosztował 1000 JMD. Wyspa okazała się bardzo mała ale i malownicza. Niestety nie można było na niej komplet nic kupić ani do picia ani do jedzenia. Całe szczęście, że miałem ze sobą małą butelkę wody i trzcinę cukrową kupioną jeszcze w Royal Port. Godzinę później przyjechałą znowu łódka wypełniona tym razem po brzegi jamajczykami, którzy mieli ze sobą wielkie przenośne lodówki wypełnione jedzeniem, napojami i alkoholem. Cóż, oni wiedzieli jak się sprawy mają na wyspie.
Z wysypy wróciłem około godziny 16 i udałem się do polecanej przez TripAdvisor restauracji Gloria. Na obiad zamówiłem grilowanego homara, który kosztował około 45 zł. Zatem był dość tani. Niestety czekałem na niego około godziny. Jak go jednak już dostałem to miałem wrażenie że kelner zapomniał mi go podać bowiem nie był zbyt ciepły. Mimo to bardzo mi smakował. Razem z kalmarem spróbowałem lokalnych specjałów: bammy i festival.
Jutro jadę do Ocho Rios.