piątek, 21 września 2012

Kolumbia - podsumowanie

Oczywiście po powrocie dzień mija za dniem w tempie błyskawicznym, ale w końcu mam chwilkę, żeby podsumować nasz wyjazd. Kolumbia jest pięknym państwem, prezentującym się zupełnie inaczej niż w wyobrażeniu większości naszych rodaków. Narkotyki może są łatwiej dostępne (kilka razy mieliśmy propozycję kupna), ale nikt nie wkłada ich do kieszeni i do niczego nie zmusza. Bezpieczeństwo - nam zdrowy rozsądek i słuchanie dobry rad Kolumbijczyków pozwoliły uniknąć nieprzyjemnych doświadczeń. Ludzie są bardzo przyjaźnie nastawieni, pogodni, rodzinni i jeśli tylko mogą, pomagają. Pod względem komunikacyjnym Kolumbia jest bardzo łatwa do podróżowania. Praktycznie nie mieliśmy żadnych problemów z przemieszczaniem, a z taksówek skorzystaliśmy 4 razy, gdy nie było wyboru (wracaliśmy z lotniska w Bogocie w nocy i w Cartagenie z hotelu na plażę). Cenowo myślę, że jest porównywalna do Polski. My za dwie osoby wydaliśmy 10200zł (z czego 4500zł kosztowały bilety w obie strony) za 3 tygodnie pobytu. W sumie to najdroższy jest transport. Najpiękniejsze miejsce dla nas: Isla Mucura:) W wielkim skrócie to by było na tyle. Jeśli ktoś by miał jakieś pytania, chętnie w miarę możliwości odpowiemy. P.S.: Bagaż w końcu udało się odzyskać 24.09.12, chociaż musieliśmy sami po niego pojechać na lotnisko w Warszawie...

czwartek, 20 września 2012

Kolumbia - Bogota/Madryt/Berlin

Ostatni dzień w Kolumbii za nami...Oczywiście musieliśmy go wykorzystać do samego końca i tym oto sposobem, o 7:30 wyjechaliśmy do Zipaquiry. Znajduje się tam jedna z trzech największych kopalni soli na świecie (poza nią są oczywiście nasza Wieliczka i jakaś kopalnia soli w Austrii). Kopalnia jest Katedrą Solną. Przewodnik oprowadził nas po wszystkich pięknie wykutych stacjach Drogi Krzyżowej, tłumacząc jednocześnie symbolikę. Głównym punktem wycieczki są trzy pomieszczenia symbolizujące chrzest Chrystusa, jego życie i ukrzyżowanie oraz zmartwychwstanie. Gra świateł w tej świątyni robi niesamowite wrażenie. Ponoć kilka razy w roku odbywają się tu śluby i chrzciny, a co niedzielę msze święte. Na sam koniec obejrzeliśmy trójwymiarowy film na temat kopalni soli i udaliśmy się w kierunku sklepu jubilerskiego. Muszę przyznać, że dobrze iż dotarliśmy tu na koniec, bo znaliśmy już ceny biżuterii ze szmaragdami, z których Kolumbia słynie i tym samym były one mniej więcej trzy razy niższe niż np w Cartagenie (oczywiście i tak były stosunkowo drogie, ale tańsze niż w Polsce i w zasięgu naszego portfela, jak to Kacper określił). Zostałam obdarowana jednym zestawem przez mojego męża i tym o to optymistycznym akcentem wróciliśmy do Bogoty, potem wyruszyliśmy z liniami lotniczymi Iberia w kierunku Madrytu i dalej Berlina. Oczywiście tradycji musiało stać się za dość i na moje nieszczęście w samolocie do Madrytu poczułam skutki zatrucia pokarmowego i nie muszę pisać, jak ciężko znosi się w tym stanie tak długą drogę.... Po dotarciu do Berlina okazało się, że nie koniec niespodzianek... Nasz bagaż nie dotarł i jak się okazuje - pozostał w Bogocie.... Możliwe, że został wyładowany, bo ponoć nasze 40 min opóźnienie wynikało z przeładowania i tym samym konieczności wyładowania części "ładunku" - tak określonego przez pilota... Także z 1/3 bagażu (mój plecak na szczęście był bagażem podręcznym) wracamy (w moim przypadku od 2 dni na czczo...) autokarem Simple Ekspress (zdecydowanie bardziej komfortowym niż samoloty Iberii) za 3 Euro za osobę. Po powrocie do Warszawy postaramy się napisać podsumowanie naszej podróży i wrażeń dotyczących Kolumbii. Tak czy inaczej, szkoda że wakacje tak szybko mijają...

wtorek, 18 września 2012

Kolumbia - Santa Marta/ Bogota

Ostatni dzień na Karaibach za nami...:( Mimo, że dziś postanowiliśmy zrobić sobie dzień leniucha, obudziliśmy się standardowo o 7. Zjedliśmy śniadanie i cały dzień przeznaczyliśmy na spacery, picie ogromnych ilości lemoniady z limonek, soków owocowych i zjedzeniu obiadu. Potem spakowaliśmy się i wyruszyliśmy w kierunku autobusu, którym dojechaliśmy po ok 45 min na lotnisko. To lotnisko jest dość specyficzne - znajduje się przy samej plaży, zresztą bardzo ładnej (załapaliśmy się na ostatni podczas tego wyjazdu piękny zachód słońca nad Morzem Karaibskim:))), nie ma tu żadnych tablic informacyjnych, kontrola osobista jest dopiero przy boarding'u. Także czekamy już na samolot i pewnie chwilę przed 22 będziemy już w Bogocie. Na szczęście mamy już nocleg, także potem już tylko taksówka i ostatnia noc w Kolumbii przed nami... A tak w ogóle to nasza miejscówka noclegowa San Jorge (Calle 10C No2-62) w Santa Marcie jest warta polecenia. To nie jest ani hotel ani hostel, tylko dom pewnej rodziny. Atmosfera przesympatyczna, gospodyni z niczym nie robi problemu. Chcieliśmy się wykwaterować o 17 (normalnie można o 14) - od razu się bez niczego zgodziła no i oczywiście cena 30000COP (najniższa z dotychczasowych) też nie jest bez znaczenia, także jeśli ktoś kiedyś dotrze do Santa Marty - POLECAMY:) Zapomniałabym dodać, że na odchodne chcieli nas dzisiaj okraść... Szliśmy sobie ulicą, Kacper niestety miał zajęte obie ręce, bo w jednej miał zakupy a w drugiej dopiero co kupioną lemoniadę i nagle powstało zamieszanie, tłum dookoła nas, ale na szczęście mój mąż szybko się zorientował i dał kilka szybkich kroków do tyłu, wymykając się złodziejce, której ręce tylko przez chwilę poczuł na swoich spodniach. Ogólnie tutaj trzeba uważać. Wszyscy normalni Kolumbijczycy nas ostrzegali o tym, gdzie można iść gdzie nie. Jak tylko się robiło ciemniej lub średnio bezpiecznie, mówili żeby chować aparat. Po tym zdarzeniu też od razu podeszła do nas pewna pani i powiedziała, że chcieli nas okraść i czy Kacper ma portfel. Także trzeba być bardzo czujnym.

poniedziałek, 17 września 2012

Kolumbia - Parque Tayrona/ Santa Marta

Ponownie mamy kontakt z cywilizacją, także czas na krótką relację z naszej dwudniowej wycieczki po Parku Tayrona. Wczoraj z rana ok 8:30 wyruszyliśmy busikiem z Santa Marta w kierunku naszego celu (koszt 5000COP za osobę). Droga zajęła nam ok 1h. Po zakupieniu biletów (niestety zapomnieliśmy mojej legitymacji studenckiej i tym samym wyszło nam sporo więcej) przesiedliśmy się w inny busik i podjechaliśmy jeszcze troszkę, po czym rozpoczęliśmy nasz spacer, połączony z trekingiem po parku. Rzeczywiście fauna i flora robią wrażenie. Docieraliśmy do celu w towarzystwie wielkich, czerwonych mrówek, spacerujących pasmami, jedna za drugą i noszących malutkie liście akacji. Dookoła nas śpiewały kolorowe ptaszki, przed nogami przebiegały przeróżne, kolorowe jaszczurki, a nad głowami przelatywały małe i duże motyle. Warto też wspomnieć o niebieskawo - pomarańczowych lądowych krabach i kolorowych żabach.


sobota, 15 września 2012

Kolumbia - Santa Marta

Dzisiaj niestety nie mam za dużo do opisania... Cały dzień przeznaczyliśmy na transport z Tolu do Santa Marty. W trakcie drogi mieliśmy niespodziankę. Nagle nasz autobus zatrzymała policja. Kazała wysiąść wszystkim kobietą... Szczerze mówiąc to troszkę zaczęliśmy się niepokoić, ponieważ nie wiedzieliśmy o co chodzi. Jak wychodziłyśmy, robili nam zdjęcia, po czym zaprowadzili w jedno miejsce, kazali usiąść i okazało się... że dziś jest kolumbijski dzień przyjaźni i zakochanych... Każda z nas dostała po dużej, czerwonej róży, przy okazji miałyśmy króciutką pogadankę na temat bezpieczeństwa podróży i tym optymistycznym akcentem pożegnaliśmy się i wyruszyłyśmy w dalszą drogę. W Santa Marcie zamieszkaliśmy w Residencia San Jorge (to było 5 miejsce, do którego weszliśmy i w końcu były wolne pokoje). Potem udaliśmy się na romantyczną kolację do przyjemnej knajpki, obeszliśmy okolicę i w ciągu godziny zapadł zmrok. Niestety potwierdziło się to, że Santa Marta to nie najpiękniejsze miejsce na świecie nocą. Jest tu więcej prostytutek niż w Cartagenie. Sporo żebraków i ogólnie jest średnio przyjemnie, także pozostaliśmy przy piwku w pokoju:) Jutro mamy w planie wybrać się do słynnego Parku Tayrona, a tym samym planujemy pozostać na ponoć jednej z 10 najpiękniejszych plaż na świecie, także jeśli nam się uda to napiszemy dopiero za 2 dni, bo znów będziemy odcięci od cywilizacji.

czwartek, 13 września 2012

Kolumbia - Tolu/ Mucura

Znów mamy kontakt ze światem, także najwyższy czas na opisanie naszych ostatnich dwóch dni:) Wczoraj z samego rana wyruszyliśmy w kierunku wysp San Bernardo. Muszę przyznać, że było warto, choć cenowo niestety wyszło drożej niż przypuszczaliśmy, a na dodatek zostaliśmy oszukani, ale o tym potem. Na łódce płynęła z nami grupka studentów z Medellin - bardzo sympatyczni i komunikatywni ludzie, także z nimi plażowaliśmy i rozmawialiśmy większą część drogi (nawet po angielsku mogłam porozmawiać, co tutaj jest rzadkością). Pierwszym punktem wycieczki była mała wysepka Isla Palma z akwarium, z którego zrezygnowaliśmy, ale za to Kacper snurkował. Potem miała być Islote - najbardziej zaludniona wysepka, ale właśnie tu nas oszukano, bo mimo wcześniejszych zapewnień, nie pozwolono nam wejść na ląd, a za to ponoć też płaciliśmy... 

wtorek, 11 września 2012

Kolumbia - Cartagena

Kolejny dzień w Cartagenie za nami. Poranek rozpoczęliśmy od wycieczki do wulkanu Totumo (Volcan de Lodo El Totumo), położonego ok 50 km od Cartageny. Po dotarciu na miejsce udaliśmy się w kierunku krateru i razem ze sporą liczbą osób (to niestety jest minus) odbyliśmy kąpiel błotną. Muszę przyznać, że jest to fantastyczne przeżycie:) Dodatkowo jest ponoć bardzo zdrowa i dobra dla skóry, ze względu na ilość minerałów. Siła wyporu sprawia, że w środku jest bardzo ciężko się przemieszczać, ale za to masaż przy użyciu błotka zamiast olejków jest znakomity:) Wulkan ma 2500 metrów głębokości. 

poniedziałek, 10 września 2012

Kolumbia - Cartagena de Indias

Dzisiejszy poranek rozpoczęliśmy od zjedzenia śniadania w jednej z lokalnych knajpek. Oczywiście jak łatwo się domyślić - karaibska perła Kolumbii odbiega cenami od reszty kraju...Kacper skosztował arepas con queso y jamon a ja pozostałam przy tostach. Następnie taksówką (5000 COP) udaliśmy się na główną plażę. Niestety mimo, że cała Kolumbia i obywatele USA bardzo zachwycają się tym miastem (rzeczywiście ma piękne miejsca, ale o tym później), plaża nie należy do najpiękniejszych. Największym jej minusem dla nas jest duża ilość turystów a tym samym naganiaczy i sprzedawców wszystkiego, od których ciężko się uwolnić. Piasek też nie powala, ale za to morze jest cieplejsze niż nasza woda pod prysznicem:) Poplażowaliśmy, odpoczęliśmy i wykupiliśmy wycieczki - city tour na dziś, czyli zwiedzanie miasta kolorowym autobusem i kąpiel błotną na jutro. Z plaży o 12 przegoniła nas burza, ale i tak mieliśmy się zbierać, bo o 13:30 mieliśmy odbyć wycieczkę, a jeszcze chcieliśmy zjeść obiad. Co do city tour - po przekalkulowaniu, bardziej się opłaca skorzystać z tej opcji, niż na własną rękę, mając do dyspozycji tylko 1 dzień tak jak my (35 000COP za osobę). Kolorowym autobusem z przewodnikiem objechaliśmy miasto i zwiedziliśmy główne punkty programu. 

niedziela, 9 września 2012

Kolumbia - Medellin/Cartagena

Dzisiejszy dzień podobnie jak większość zaczęliśmy bardzo wcześnie, ale zanim zacznę go opisywać wspomnę, że wczoraj wieczorem wybraliśmy się do kolumbijskiej knajpki na ich lokalną imprezkę. Miejsce to miało niesamowity klimat. Troszkę atmosferą przypominało dobre polskie wesele... Cały wielki lokal udekorowany na suficie serpentynami, wiszącymi lalkami, kolorowymi światełkami, balonami. Muzyka - oczywiście latynoska i nastawiona na cały regulator. Knajpka wypełniona po brzegi, na wszystkich stolikach 5l Aquardiente leje się strumieniami (panie nie ustępowały panom), ludzie tańczą między stolikami, śpiewają - ogólnie bardzo fajny klimat i dobra zabawa:) Dzisiaj z kolei od rana zwiedzaliśmy Medellin. Na początek wspomnę, że miasto to ma bardzo dobrze rozwiniętą komunikację. Cztery linie metra, z czego dwie są tak zwanym Metrocable, czyli kolejką, przypominającą wyciąg narciarski. Wybraliśmy się na przejażdżkę tym środkiem lokomocji i muszę przyznać, że gdyby nie to, że ma dziwne godziny otwarcia (pasażerów zabiera od 9) i czasem bywa zawodna, to jest to świetne rozwiązanie dla tych, którzy mieszkają na górkach (Medellin jest położone w dolinie). 

sobota, 8 września 2012

Kolumbia - Medellin/Santa Fe de Antioquia

Dzisiejszy dzień był, a w zasadzie jest baaardzo długi. Całą noc jechaliśmy z San Gil (przesiadka i około 2,5h czekania na autokar w Bucaramanga) do Medellin. W końcu po ok 11h podróży zmęczeni dotarliśmy do celu, jednak okazało się, że to nie koniec naszej podróży, ale o tym za chwilę. Autokary w Kolumbii (nie tylko Expreso Brasilia) są bardzo komfortowe. Zawsze jest dużo miejsca na nogi, można spokojnie rozłożyć fotele (prawie na leżąco) bez wyrzutów sumienia, że komuś za nami będzie niewygodnie i za ciasno. Tym razem mieliśmy na tyle szczęścia, że nasz autokar nawet w połowie nie był zapełniony, także całkowity komfort jazdy. Wracając do naszej podróży, nie zatrzymaliśmy się na długo w Medellin, ponieważ okazało się, że dotarliśmy tutaj troszkę później niż przypuszczaliśmy, bo ok 8 a w planach mieliśmy jeszcze wycieczkę do Santa Fe de Antioquia. Zatem zostawiliśmy nasze rzeczy w przechowalni bagaży i o 8:45 wyruszyliśmy w ok 2h podróż do tego małego, malowniczego miasteczka. Po dotarciu do celu rozpoczęliśmy zwiedzanie od Iglesia Santa Barbara i oczywiście okazało się, że jest zamknięty...

piątek, 7 września 2012

Kolumbia - San Gil

Dzisiaj mija ostatni dzień naszego pobytu w San Gil. Rano po obfitym, owocowym śniadaniu na bazarku wybraliśmy się w kierunku wodospadu Juan Curi.

czwartek, 6 września 2012

Kolumbia - San Gil/Barichara

Dziś po porannym śniadaniu, przyniesionym przez mojego męża prosto do pokoju z bazarku, udaliśmy się na rafting:) Pierwszy raz w życiu mieliśmy okazję spróbować tej atrakcji, także odważyliśmy się płynąć troszkę spokojniejszą rzeką Rio Fonce, ale i tak było fajnie i z emocjami:) Początkowo zostaliśmy wywiezieni jakieś 10 km od naszego miejsca zamieszkania, potem razem z młodą kolumbijską parą zostaliśmy troszkę przeszkoleni i ruszyliśmy:) Nasza przeprawa trwała ok 1h 20 min. 

Poza emocjami związanymi z prądami i skałkami, z których kilka razy spadliśmy pontonem, podziwialiśmy piękno przyrody. Dookoła nas latały przepiękne, duże, żółte i białe motyle, na skałkach przy brzegu wygrzewały się iguany, a do tego śpiewały i fruwały kolorowe ptaszki:) W międzyczasie mój mąż wykąpał się w rzece, a ja musiałam go z powrotem wciągnąć na pokład. Niezapomniane wrażenia:) Po raftingu szybko się przebraliśmy, gdyż byliśmy cali mokrzy i wyruszyliśmy w kierunku dworca autobusowego. Busik praktycznie na nas czekał i po 45 min byliśmy w Barichara. To piękne, malownicze, małe miasteczko zostało w 1978 roku wpisane na listę narodowych zabytków (faktycznie zasłużenie). Wszystkie uliczki są wyłożone płaskimi, ceglastymi kamieniami, całe miasteczko tworzą malutkie, białe kamieniczki a w samym centrum znajduje się piękna 18 - to wieczna katedra, odcinająca się od reszty zabudowań.





Poza podziwianiem całokształtu miejscowości, udaliśmy się do małego kościółka i sąsiadującego parku z amfiteatrem. Na drodze spotkaliśmy pewną młodą dziewczynę ze Szwajcarii, która ponoć już od 3 tygodni podróżuje (najpierw Kuba, potem Panama, teraz Kolumbia) i ma w planie zwiedzić Amerykę Południową, ale nie wie jeszcze gdzie dokładnie się wybierze i ile czasu na to przeznaczy... Tutaj jest mnóstwo takich turystów... Co robią w życiu i skąd na to biorą pieniądze? Ciekawe... Wracając do Barichary - mieliśmy okazję spróbować tu nowych lokalnych specjałów:) Na obiad zatrzymaliśmy się w malutkiej, ale bardzo przyjemnej knajpce. Po uregulowaniu rachunku Kacper wdał się w rozmowę z właścicielem i okazało się, że ma on u siebie to czego poszukiwaliśmy: chicha de maiz i guarapo. Chicha de maiz jest to napój zrobiony z kukurydzy, która fermentuje w cukrze trzcinowym kilka dni. Ponoć im dłużej tym lepiej, ale dla mnie 3 dniowa jest ok, a ok tygodniowa jest już za mocna.






Guarapo jest to z kolei napój uzyskany z trzciny cukrowej, ale też w procesie fermentacji. Ogólnie różni się znacznie od kubańskiego guarapo, które jest świeżym, zielonkawym sokiem z trzciny cukrowej. Właściciel knajpki poczęstował nas poza trunkami hormigas culonas (jadalnymi mrówkami). Muszę przyznać, że mają ciekawy smak... Ponoć pojawiają się one lokalnie w kwietniu, są łapane, odrywa się im skrzydełka, nogi i szczypce, po czym smaży się na patelni z dodatkiem soli. (Czego to ludzie nie wymyślą:)).  


Po tej przemiłej gościnie udaliśmy się w poszukiwaniu rozlewni guarapo i po krótkim czasie ją znaleźliśmy:) Jest to mała bimbrownia - pan polewał nam z beczki wielką łyżką, a potem za 1000 COP kupiliśmy litrową butelkę tego lokalnego specjału:) W końcu busikiem wróciliśmy do San Gil i resztę dnia spędziliśmy tu. Obecnie siedzimy w hotelu i jemy owoc, o którym pisałam wczoraj (guanabana). Oto zdjęcie:


Ponoć jest to owoc dobry na wszystko i zawierający wszystkie niezbędne dla życia pierwiastki i witaminy. Jedząc tylko go można spokojnie żyć i funkcjonować w zdrowiu. Tutaj ma szczególne zastosowanie w zwalczaniu nowotworów i przyspiesza powrót do zdrowia po chemioterapii... Jutro mamy w planie wybrać się nad wodospad Juan Curi i tam spędzić większość dnia, a noc spędzimy w autokarze w drodze do Medelin. A tak a propos - kupiliśmy już bilety. Przygoda z nimi była śmieszna, ponieważ na stronie była inna cena (57000 COP/os), a nam w kasie chcieli sprzedać za 70000 COP/os. W końcu po długich negocjacjach i "krakowskim targiem "udało się kupić bilety za 60000 COP/os, a pan był w ciężkim szoku, że mają błąd na stronie...

środa, 5 września 2012

Kolumbia - San Gil

Kolejny dzień podróży rozpoczęliśmy od przemieszczenia się z Villa de Leyva do Arcabuco, a stąd praktycznie od razu mieliśmy przesiadkę do San Gil. I tak o to po ok 4h podróży dotarliśmy do cieplejszego klimatu:) Ze znalezieniem pokoju nie mieliśmy praktycznie problemu. W drugim odwiedzonym przez nas hotelu zakwaterowaliśmy się. Płacimy za niego najmniej z dotychczasowych (25000 COP za dobę). Ma wi-fi, ale niestety jak się dopiero co okazało, nie ma ciepłej wody (tzn jest letnia):(( No, ale jakoś 2 noce przeżyjemy...Tak w ogóle to podane ceny w przewodniku troszkę odbiegają od obecnej rzeczywistości. Przeciętnie w prawie każdym hotelu jest cena 70000COP i więcej za dobę. Teraz może troszkę więcej o San Gil. Nie jest to może najpiękniejsze miasto w Kolumbii, ale za to ma swoje plusy. Przede wszystkim przepiękny park, przez którego środek płynie rzeka. W parku zachwyca zarówno roślinność jak i ptaki. Nad nami przelatywały i śpiewały kolorowe kanarki i inne nieznane nam wcześniej ptaszki. Po drodze zobaczyliśmy też siedzące nisko na drzewach wielkie, kolorowe papugi - ogólnie bajka. Jest to jeden z ładniejszych, jeśli nie najładniejszy park, jaki w życiu widzieliśmy. Po środku parku znajduje się basen ( woda w nim wymienia się wodospadem z rzeką), w którym jeszcze do niedawna można było się kąpać, ale niestety obecnie jest zamknięty. Spędziliśmy w tym miejscu kilka przyjemnych godzin. 

wtorek, 4 września 2012

Kolumbia - Drugi dzień w Villa de Leyva

Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy bardzo wcześnie, bo już od 6:30, ponieważ mieliśmy rozbudowany plan, który i tak nas zaskoczył, ale o tym później. Poranek rozpoczęliśmy od zjedzenia śniadania w kolumbijskiej knajpce. Z nowości piliśmy sok wyciskany z lulo, którego do tej pory nigdzie nie spotkaliśmy. Jest to owoc z rodziny "pomidorowatych" - bardzo ciekawy w smaku, gdyż przypomina różową gumę do żucia dla dzieci:) Po śniadaniu udaliśmy się małym busikiem (1500 COP/os) w kierunku El Fosil

poniedziałek, 3 września 2012

Kolumbia - Villa de Leyva

Już jest ciemno i chłodno, także postanowiliśmy się rozgrzać jakimś ciepłym trunkiem w przyjemnej kawiarence, a przy okazji okazało się, że wybrana przez nas ma dostęp do wi - fi, także czas na opisanie kolejnego dnia naszej wyprawy:) Poranek zaczęliśmy od prawdziwego, kolumbijskiego śniadania. Zamówiliśmy Tamal (6000 COP), ponieważ to znajdowało się na większości tubulczych stolików. Jest to "kokon" w liściach bananowca, którego środek zbudowany jest na bazie mąki kukurydzianej, fasoli, grochu i różnego rodzaju mięsa. Danie bardzo smaczne:) 
 


niedziela, 2 września 2012

Kolumbia - Tunja

Dzisiaj w końcu udało nam się spróbować przy okazji śniadania herbaty z liści Koki:) Jednak wbrew temu co piszą w przewodnikach, nie jest to takie proste i powszechne...Smak trudno opisać - najprościej to ziołowy. Ogólnie smaczna, ale nie jest się po niej na haju - gdyby ktoś miał takie skojarzenie:P Po posiłku udaliśmy się w poszukiwaniu autobusu, którym moglibyśmy dojechać do głównej stacji autobusowej. Na szczęście organizator wycieczki (Kacper:)) jak zwykle się spisał i udało się wsiąść do lekko zdezelowanego autobusu z szalonym kierowcą na czele i dojechać do celu. 

sobota, 1 września 2012

Kolumbia - Bogota

Pierwszy dzień zwiedzania za nami:) Ale od początku.... Zmiana czasu niestety dała się nam we znaki. Nie mogliśmy spać zbyt długo, więc od siódmej (a w zasadzie od 3 ciągle się budziliśmy) rozpoczęliśmy zwiedzanie okolicy. Bogota bardzo się nam spodobała, w odróżnieniu od pozostałych stolic, które w ostatnim czasie odwiedziliśmy i troszkę nas rozczarowały (mam na myśli Hawanę i Kolombo). Malownicze uliczki, przyjaźnie nastawieni ludzie. Nawet pogoda nam dopisała, a tego obawialiśmy się najbardziej. 

piątek, 31 sierpnia 2012

Kolumbia - Wreszcie w Bogocie:)

Po wielu godzinach podróży w końcu dotarliśmy do celu:) Niesamowite było to, że goniąc słońce, ciągle od 4 rano w Berlinie do 18:30 w Bogocie (ok 7 godzin przesunięcia czasowego, czyli ok 21h) ciągle mieliśmy dzień... A propos podróży - linie lotnicze Iberia troszkę nas zaskoczyły - nie było telewizorków na trasie Madryt - Bogota, więc myśleliśmy, że będzie bardzo ciężko jakoś przeżyć te ponad 11h lotu, ale nie było tak źle (jak to Kacper określił - za tę cenę, nie możemy wybrzydzać:P)

Kolumbia - oczekiwanie w Berlinie na lot

Czekamy już na samolot na lotnisku w Berlinie. Samolot zawiezie nas do Madrytu gdzie po 4 godzinach oczekiwania wsiądziemy w samolot do Bogoty :) Zaczepił nas jeden z Niemców, bo zobaczył przewodnik po Kolumbii. Zapytał, czy może na chwilkę pożyczyć i poczytać, bo też się tam wybiera. Ponoć studiował w Cartagenie i razem ze znajomym z Madrytu teraz ponownie tam jadą. Powiedział, że Kolumbia jest piękna i że będziemy zachwyceni:) Wreszcie jakiś pozytywnie nastrajający komentarz:)

czwartek, 30 sierpnia 2012

Kolumbia - podróż Warszawa - Berlin

O 22:10 ku naszemu zdziwieniu prawie bez poślizgu odjechaliśmy z Dworca Centralnego w kierunku Berlina autokarem Simple Express. Pomijając atrakcyjną cenę (12 zł za osobę), autokar jest godny polecenia - dużo miejsca na nogi, komfortowe siedzenia, każde miejsce z tabletem z dostępem do internetu, filmami, grami itd. Podróż minęła szybko. Prawie całą udało nam się przespać. Teraz z kolei od rana zwiedzamy Berlin.