Już jest ciemno i chłodno, także postanowiliśmy się rozgrzać jakimś
ciepłym trunkiem w przyjemnej kawiarence, a przy okazji okazało się, że
wybrana przez nas ma dostęp do wi - fi, także czas na opisanie kolejnego
dnia naszej wyprawy:)
Poranek zaczęliśmy od prawdziwego, kolumbijskiego śniadania. Zamówiliśmy
Tamal (6000 COP), ponieważ to znajdowało się na większości
tubulczych stolików. Jest to "kokon" w liściach bananowca, którego
środek zbudowany jest na bazie mąki kukurydzianej, fasoli, grochu i
różnego rodzaju mięsa. Danie bardzo smaczne:)
Okazało się, że znalezienie hotelu było troszkę trudniejsze niż ostatnio, gdyż zajęło nam to około 1h. Oczywiście powodem nie był brak miejsc, tylko bardzo wygórowane ceny (od 70000 do 160000 COP za pokój za dobę). Nam udało się w końcu znaleźć pokoik za 35000 COP, położony przy samym głównym placu, ale coś kosztem czegoś - nie mamy dostępu do Wi- fi (jednak jak widać, poradziliśmy sobie z tym problemem:P). Wracając do Villa de Leyva - miasteczko to jest bardzo ładne. Każda uliczka wyłożona jest kamieniami, przeważają białe kamieniczki, utrzymane w bardzo dobrym stanie, a dookoła nas, nad budynkami rozpościerają się przepiękne góry. Postanowiliśmy się nawet na jedną z nich wspiąć - do tarasu widokowego Arcoiris. Droga była bardzo męcząca, w międzyczasie złapał nas deszcz (a to nas troszkę zaskoczyło, bo w odróżnieniu od Bogoty i Tunja, gdzie w sumie nie padało, tu miał być suchy klimat....), ale w końcu się udało:) Widok faktycznie robił wrażenie. Miały być jeszcze dwa wodospady, ale niestety właśnie z powodu małych opadów, były wyschnięte.... Resztę dnia spędziliśmy na spacerowaniu i podziwianiu miasteczka. Na obiad zatrzymaliśmy się w kolumbijskim a la barze mlecznym i skorzystaliśmy z oferty "menu del dia", które zawierało typowe dla regionu: zupę, drugie danie, sałatkę, deser i oczywiście sok ze świeżo wyciskanej papai (7000 COP za osobę - czyli 2 obiady w cenie poprzednio jedzonego jednego). Teraz siedzimy w przyjemnej knajpce, pijąc aromatico - tj owoce z puszki zagrzane w wodzie, z miętą (pycha:)). Do tego zamówiliśmy regionalne ciacho - mantecada, zrobione z mąki kukurydzianej (trochę przypomina muffinki). Zapomniałabym napisać, że dziś spotkaliśmy pierwszych Polaków:) Okazuję się, że przyjechali zorganizowaną grupą na.... szkolenie dentystyczne:) Jutro mamy w planie kolejny dzień w Villa de Leyva i zwiedzanie okolicznych atrakcji, o których napiszemy:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz