Oczywiście po powrocie dzień mija za dniem w tempie błyskawicznym, ale w
końcu mam chwilkę, żeby podsumować nasz wyjazd.
Kolumbia jest pięknym państwem, prezentującym się zupełnie inaczej niż w
wyobrażeniu większości naszych rodaków. Narkotyki może są łatwiej
dostępne (kilka razy mieliśmy propozycję kupna), ale nikt nie wkłada ich
do kieszeni i do niczego nie zmusza. Bezpieczeństwo - nam zdrowy
rozsądek i słuchanie dobry rad Kolumbijczyków pozwoliły uniknąć
nieprzyjemnych doświadczeń. Ludzie są bardzo przyjaźnie nastawieni,
pogodni, rodzinni i jeśli tylko mogą, pomagają. Pod względem
komunikacyjnym Kolumbia jest bardzo łatwa do podróżowania. Praktycznie
nie mieliśmy żadnych problemów z przemieszczaniem, a z taksówek
skorzystaliśmy 4 razy, gdy nie było wyboru (wracaliśmy z lotniska w
Bogocie w nocy i w Cartagenie z hotelu na plażę). Cenowo myślę, że jest
porównywalna do Polski. My za dwie osoby wydaliśmy 10200zł (z czego
4500zł kosztowały bilety w obie strony) za 3 tygodnie pobytu. W sumie to
najdroższy jest transport. Najpiękniejsze miejsce dla nas: Isla
Mucura:)
W wielkim skrócie to by było na tyle. Jeśli ktoś by miał jakieś pytania,
chętnie w miarę możliwości odpowiemy.
P.S.: Bagaż w końcu udało się odzyskać 24.09.12, chociaż musieliśmy sami
po niego pojechać na lotnisko w Warszawie...
piątek, 21 września 2012
czwartek, 20 września 2012
Kolumbia - Bogota/Madryt/Berlin
Ostatni dzień w Kolumbii za nami...Oczywiście musieliśmy go wykorzystać
do samego końca i tym oto sposobem, o 7:30 wyjechaliśmy do Zipaquiry.
Znajduje się tam jedna z trzech największych kopalni soli na świecie
(poza nią są oczywiście nasza Wieliczka i jakaś kopalnia soli w
Austrii). Kopalnia jest Katedrą Solną. Przewodnik oprowadził nas
po wszystkich pięknie wykutych stacjach Drogi Krzyżowej, tłumacząc
jednocześnie symbolikę. Głównym punktem wycieczki są trzy pomieszczenia
symbolizujące chrzest Chrystusa, jego życie i ukrzyżowanie oraz
zmartwychwstanie. Gra świateł w tej świątyni robi niesamowite wrażenie.
Ponoć kilka razy w roku odbywają się tu śluby i chrzciny, a co niedzielę
msze święte. Na sam koniec obejrzeliśmy trójwymiarowy film na temat
kopalni soli i udaliśmy się w kierunku sklepu jubilerskiego. Muszę
przyznać, że dobrze iż dotarliśmy tu na koniec, bo znaliśmy już ceny
biżuterii ze szmaragdami, z których Kolumbia słynie i tym samym były one
mniej więcej trzy razy niższe niż np w Cartagenie (oczywiście i
tak były stosunkowo drogie, ale tańsze niż w Polsce i w zasięgu naszego
portfela, jak to Kacper określił). Zostałam obdarowana jednym zestawem
przez mojego męża i tym o to optymistycznym akcentem wróciliśmy do
Bogoty, potem wyruszyliśmy z liniami lotniczymi Iberia w kierunku Madrytu i dalej Berlina.
Oczywiście tradycji musiało stać się za dość i na moje nieszczęście w
samolocie do Madrytu poczułam skutki zatrucia pokarmowego i nie muszę
pisać, jak ciężko znosi się w tym stanie tak długą drogę.... Po dotarciu
do Berlina okazało się, że nie koniec niespodzianek... Nasz bagaż nie dotarł i jak się okazuje - pozostał w Bogocie....
Możliwe, że został wyładowany, bo ponoć nasze 40 min opóźnienie
wynikało z przeładowania i tym samym konieczności wyładowania części
"ładunku" - tak określonego przez pilota... Także z 1/3 bagażu (mój
plecak na szczęście był bagażem podręcznym) wracamy (w moim przypadku od
2 dni na czczo...) autokarem Simple Ekspress (zdecydowanie
bardziej komfortowym niż samoloty Iberii) za 3 Euro za osobę. Po
powrocie do Warszawy postaramy się napisać podsumowanie naszej podróży i
wrażeń dotyczących Kolumbii. Tak czy inaczej, szkoda że wakacje tak
szybko mijają...
wtorek, 18 września 2012
Kolumbia - Santa Marta/ Bogota
Ostatni dzień na Karaibach za nami...:( Mimo, że dziś postanowiliśmy
zrobić sobie dzień leniucha, obudziliśmy się standardowo o 7. Zjedliśmy
śniadanie i cały dzień przeznaczyliśmy na spacery, picie ogromnych
ilości lemoniady z limonek, soków owocowych i zjedzeniu obiadu. Potem
spakowaliśmy się i wyruszyliśmy w kierunku autobusu, którym dojechaliśmy
po ok 45 min na lotnisko. To lotnisko jest dość specyficzne - znajduje
się przy samej plaży, zresztą bardzo ładnej (załapaliśmy się na ostatni
podczas tego wyjazdu piękny zachód słońca nad Morzem Karaibskim:))), nie
ma tu żadnych tablic informacyjnych, kontrola osobista jest dopiero
przy boarding'u. Także czekamy już na samolot i pewnie chwilę przed 22
będziemy już w Bogocie. Na szczęście mamy już nocleg, także potem już tylko taksówka i ostatnia noc w Kolumbii przed nami...
A tak w ogóle to nasza miejscówka noclegowa San Jorge (Calle 10C No2-62) w Santa Marcie
jest warta polecenia. To nie jest ani hotel ani hostel, tylko dom
pewnej rodziny. Atmosfera przesympatyczna, gospodyni z niczym nie robi
problemu. Chcieliśmy się wykwaterować o 17 (normalnie można o 14) - od
razu się bez niczego zgodziła no i oczywiście cena 30000COP (najniższa z
dotychczasowych) też nie jest bez znaczenia, także jeśli ktoś kiedyś
dotrze do Santa Marty - POLECAMY:)
Zapomniałabym dodać, że na odchodne chcieli nas dzisiaj okraść...
Szliśmy sobie ulicą, Kacper niestety miał zajęte obie ręce, bo w jednej
miał zakupy a w drugiej dopiero co kupioną lemoniadę i nagle powstało
zamieszanie, tłum dookoła nas, ale na szczęście mój mąż szybko się
zorientował i dał kilka szybkich kroków do tyłu, wymykając się
złodziejce, której ręce tylko przez chwilę poczuł na swoich spodniach.
Ogólnie tutaj trzeba uważać. Wszyscy normalni Kolumbijczycy nas
ostrzegali o tym, gdzie można iść gdzie nie. Jak tylko się robiło
ciemniej lub średnio bezpiecznie, mówili żeby chować aparat. Po tym
zdarzeniu też od razu podeszła do nas pewna pani i powiedziała, że
chcieli nas okraść i czy Kacper ma portfel. Także trzeba być bardzo
czujnym.
poniedziałek, 17 września 2012
Kolumbia - Parque Tayrona/ Santa Marta
Ponownie mamy kontakt z cywilizacją, także czas na krótką relację z naszej dwudniowej wycieczki po Parku Tayrona.
Wczoraj z rana ok 8:30 wyruszyliśmy busikiem z Santa Marta w kierunku
naszego celu (koszt 5000COP za osobę). Droga zajęła nam ok 1h. Po
zakupieniu biletów (niestety zapomnieliśmy mojej legitymacji studenckiej
i tym samym wyszło nam sporo więcej) przesiedliśmy się w inny busik i
podjechaliśmy jeszcze troszkę, po czym rozpoczęliśmy nasz spacer,
połączony z trekingiem po parku. Rzeczywiście fauna i flora robią
wrażenie. Docieraliśmy do celu w towarzystwie wielkich, czerwonych
mrówek, spacerujących pasmami, jedna za drugą i noszących malutkie
liście akacji. Dookoła nas śpiewały kolorowe ptaszki, przed nogami
przebiegały przeróżne, kolorowe jaszczurki, a nad głowami przelatywały
małe i duże motyle. Warto też wspomnieć o niebieskawo - pomarańczowych
lądowych krabach i kolorowych żabach.
sobota, 15 września 2012
Kolumbia - Santa Marta
Dzisiaj niestety nie mam za dużo do opisania... Cały dzień przeznaczyliśmy na transport z Tolu do Santa Marty.
W trakcie drogi mieliśmy niespodziankę. Nagle nasz autobus zatrzymała
policja. Kazała wysiąść wszystkim kobietą... Szczerze mówiąc to troszkę
zaczęliśmy się niepokoić, ponieważ nie wiedzieliśmy o co chodzi. Jak
wychodziłyśmy, robili nam zdjęcia, po czym zaprowadzili w jedno miejsce,
kazali usiąść i okazało się... że dziś jest kolumbijski dzień przyjaźni
i zakochanych... Każda z nas dostała po dużej, czerwonej róży, przy
okazji miałyśmy króciutką pogadankę na temat bezpieczeństwa podróży i
tym optymistycznym akcentem pożegnaliśmy się i wyruszyłyśmy w dalszą
drogę. W Santa Marcie zamieszkaliśmy w Residencia San Jorge
(to było 5 miejsce, do którego weszliśmy i w końcu były wolne pokoje).
Potem udaliśmy się na romantyczną kolację do przyjemnej knajpki,
obeszliśmy okolicę i w ciągu godziny zapadł zmrok. Niestety potwierdziło
się to, że Santa Marta to nie najpiękniejsze miejsce na świecie nocą.
Jest tu więcej prostytutek niż w Cartagenie. Sporo żebraków i ogólnie jest średnio przyjemnie, także pozostaliśmy przy piwku w pokoju:)
Jutro mamy w planie wybrać się do słynnego Parku Tayrona, a tym
samym planujemy pozostać na ponoć jednej z 10 najpiękniejszych plaż na
świecie, także jeśli nam się uda to napiszemy dopiero za 2 dni, bo znów
będziemy odcięci od cywilizacji.
czwartek, 13 września 2012
Kolumbia - Tolu/ Mucura
Znów mamy kontakt ze światem, także najwyższy czas na opisanie naszych ostatnich dwóch dni:)
Wczoraj z samego rana wyruszyliśmy w kierunku wysp San Bernardo.
Muszę przyznać, że było warto, choć cenowo niestety wyszło drożej niż
przypuszczaliśmy, a na dodatek zostaliśmy oszukani, ale o tym potem. Na
łódce płynęła z nami grupka studentów z Medellin - bardzo sympatyczni i
komunikatywni ludzie, także z nimi plażowaliśmy i rozmawialiśmy większą
część drogi (nawet po angielsku mogłam porozmawiać, co tutaj jest
rzadkością). Pierwszym punktem wycieczki była mała wysepka Isla Palma z akwarium, z którego zrezygnowaliśmy, ale za to Kacper snurkował. Potem miała być Islote
- najbardziej zaludniona wysepka, ale właśnie tu nas oszukano, bo mimo
wcześniejszych zapewnień, nie pozwolono nam wejść na ląd, a za to ponoć
też płaciliśmy...
wtorek, 11 września 2012
Kolumbia - Cartagena
Kolejny dzień w Cartagenie za nami. Poranek rozpoczęliśmy od wycieczki do wulkanu Totumo (Volcan de Lodo El Totumo),
położonego ok 50 km od Cartageny. Po dotarciu na miejsce udaliśmy się w
kierunku krateru i razem ze sporą liczbą osób (to niestety jest minus)
odbyliśmy kąpiel błotną. Muszę przyznać, że jest to fantastyczne
przeżycie:) Dodatkowo jest ponoć bardzo zdrowa i dobra dla skóry, ze
względu na ilość minerałów. Siła wyporu sprawia, że w środku jest bardzo
ciężko się przemieszczać, ale za to masaż przy użyciu błotka zamiast
olejków jest znakomity:) Wulkan ma 2500 metrów głębokości.
poniedziałek, 10 września 2012
Kolumbia - Cartagena de Indias
Dzisiejszy poranek rozpoczęliśmy od zjedzenia śniadania w jednej z
lokalnych knajpek. Oczywiście jak łatwo się domyślić - karaibska perła
Kolumbii odbiega cenami od reszty kraju...Kacper skosztował arepas con queso y jamon
a ja pozostałam przy tostach.
Następnie taksówką (5000 COP) udaliśmy się na główną plażę. Niestety
mimo, że cała Kolumbia i obywatele USA bardzo zachwycają się tym miastem
(rzeczywiście ma piękne miejsca, ale o tym później), plaża nie należy
do najpiękniejszych. Największym jej minusem dla nas jest duża ilość
turystów a tym samym naganiaczy i sprzedawców wszystkiego, od których
ciężko się uwolnić. Piasek też nie powala, ale za to morze jest
cieplejsze niż nasza woda pod prysznicem:) Poplażowaliśmy, odpoczęliśmy i
wykupiliśmy wycieczki - city tour na dziś, czyli zwiedzanie miasta kolorowym autobusem i kąpiel błotną
na jutro. Z plaży o 12 przegoniła nas burza, ale i tak mieliśmy się
zbierać, bo o 13:30 mieliśmy odbyć wycieczkę, a jeszcze chcieliśmy zjeść
obiad.
Co do city tour - po przekalkulowaniu, bardziej się opłaca skorzystać z
tej opcji, niż na własną rękę, mając do dyspozycji tylko 1 dzień tak jak
my (35 000COP za osobę). Kolorowym autobusem z przewodnikiem
objechaliśmy miasto i zwiedziliśmy główne punkty programu.
niedziela, 9 września 2012
Kolumbia - Medellin/Cartagena
Dzisiejszy dzień podobnie jak większość zaczęliśmy bardzo wcześnie, ale
zanim zacznę go opisywać wspomnę, że wczoraj wieczorem wybraliśmy się do
kolumbijskiej knajpki na ich lokalną imprezkę. Miejsce to miało
niesamowity klimat. Troszkę atmosferą przypominało dobre polskie
wesele... Cały wielki lokal udekorowany na suficie serpentynami,
wiszącymi lalkami, kolorowymi światełkami, balonami. Muzyka -
oczywiście latynoska i nastawiona na cały regulator. Knajpka wypełniona
po brzegi, na wszystkich stolikach 5l Aquardiente leje się
strumieniami (panie nie ustępowały panom), ludzie tańczą między
stolikami, śpiewają - ogólnie bardzo fajny klimat i dobra zabawa:)
Dzisiaj z kolei od rana zwiedzaliśmy Medellin. Na początek
wspomnę, że miasto to ma bardzo dobrze rozwiniętą komunikację. Cztery
linie metra, z czego dwie są tak zwanym Metrocable, czyli kolejką,
przypominającą wyciąg narciarski. Wybraliśmy się na przejażdżkę tym
środkiem lokomocji i muszę przyznać, że gdyby nie to, że ma dziwne
godziny otwarcia (pasażerów zabiera od 9) i czasem bywa zawodna, to jest
to świetne rozwiązanie dla tych, którzy mieszkają na górkach (Medellin
jest położone w dolinie).
sobota, 8 września 2012
Kolumbia - Medellin/Santa Fe de Antioquia
Dzisiejszy dzień był, a w zasadzie jest baaardzo długi. Całą noc jechaliśmy z San Gil (przesiadka i około 2,5h czekania na autokar w Bucaramanga) do Medellin.
W końcu po ok 11h podróży zmęczeni dotarliśmy do celu, jednak okazało
się, że to nie koniec naszej podróży, ale o tym za chwilę.
Autokary w Kolumbii (nie tylko Expreso Brasilia) są bardzo
komfortowe. Zawsze jest dużo miejsca na nogi, można spokojnie rozłożyć
fotele (prawie na leżąco) bez wyrzutów sumienia, że komuś za nami będzie
niewygodnie i za ciasno. Tym razem mieliśmy na tyle szczęścia, że nasz
autokar nawet w połowie nie był zapełniony, także całkowity komfort
jazdy.
Wracając do naszej podróży, nie zatrzymaliśmy się na długo w Medellin,
ponieważ okazało się, że dotarliśmy tutaj troszkę później niż
przypuszczaliśmy, bo ok 8 a w planach mieliśmy jeszcze wycieczkę do Santa Fe de Antioquia.
Zatem zostawiliśmy nasze rzeczy w przechowalni bagaży i o 8:45
wyruszyliśmy w ok 2h podróż do tego małego, malowniczego miasteczka. Po
dotarciu do celu rozpoczęliśmy zwiedzanie od Iglesia Santa Barbara i oczywiście okazało się, że jest zamknięty...
piątek, 7 września 2012
czwartek, 6 września 2012
Kolumbia - San Gil/Barichara
Dziś po porannym śniadaniu, przyniesionym przez mojego męża prosto do
pokoju z bazarku, udaliśmy się na rafting:) Pierwszy raz w życiu
mieliśmy okazję spróbować tej atrakcji, także odważyliśmy się płynąć
troszkę spokojniejszą rzeką Rio Fonce,
ale i tak było fajnie i z emocjami:) Początkowo zostaliśmy wywiezieni
jakieś 10 km od naszego miejsca zamieszkania, potem razem z młodą
kolumbijską parą zostaliśmy troszkę przeszkoleni i ruszyliśmy:) Nasza
przeprawa trwała ok 1h 20 min.
Poza emocjami związanymi z prądami i skałkami, z których kilka razy
spadliśmy pontonem, podziwialiśmy piękno przyrody. Dookoła nas latały
przepiękne, duże, żółte i białe motyle, na skałkach przy brzegu
wygrzewały się iguany, a do tego śpiewały i fruwały kolorowe ptaszki:) W
międzyczasie mój mąż wykąpał się w rzece, a ja musiałam go z powrotem
wciągnąć na pokład. Niezapomniane wrażenia:) Po raftingu szybko się
przebraliśmy, gdyż byliśmy cali mokrzy i wyruszyliśmy w kierunku dworca
autobusowego. Busik praktycznie na nas czekał i po 45 min byliśmy w Barichara.
To piękne, malownicze, małe miasteczko zostało w 1978 roku wpisane na
listę narodowych zabytków (faktycznie zasłużenie). Wszystkie uliczki są
wyłożone płaskimi, ceglastymi kamieniami, całe miasteczko tworzą
malutkie, białe kamieniczki a w samym centrum znajduje się piękna 18 -
to wieczna katedra, odcinająca się od reszty zabudowań.
Poza podziwianiem całokształtu miejscowości, udaliśmy się do małego
kościółka i sąsiadującego parku z amfiteatrem. Na drodze spotkaliśmy
pewną młodą dziewczynę ze Szwajcarii, która ponoć już od 3 tygodni
podróżuje (najpierw Kuba, potem Panama, teraz Kolumbia) i ma w planie
zwiedzić Amerykę Południową, ale nie wie jeszcze gdzie dokładnie się
wybierze i ile czasu na to przeznaczy... Tutaj jest mnóstwo takich
turystów... Co robią w życiu i skąd na to biorą pieniądze? Ciekawe...
Wracając do Barichary - mieliśmy okazję spróbować tu nowych lokalnych
specjałów:) Na obiad zatrzymaliśmy się w malutkiej, ale bardzo
przyjemnej knajpce. Po uregulowaniu rachunku Kacper wdał się w rozmowę z
właścicielem i okazało się, że ma on u siebie to czego poszukiwaliśmy: chicha de maiz i guarapo. Chicha de maiz
jest to napój zrobiony z kukurydzy, która fermentuje w cukrze
trzcinowym kilka dni. Ponoć im dłużej tym lepiej, ale dla mnie 3 dniowa
jest ok, a ok tygodniowa jest już za mocna.
Guarapo jest to z kolei napój uzyskany z trzciny cukrowej, ale
też w procesie fermentacji. Ogólnie różni się znacznie od kubańskiego
guarapo, które jest świeżym, zielonkawym sokiem z trzciny cukrowej.
Właściciel knajpki poczęstował nas poza trunkami hormigas culonas (jadalnymi mrówkami).
Muszę przyznać, że mają ciekawy smak... Ponoć pojawiają się one
lokalnie w kwietniu, są łapane, odrywa się im skrzydełka, nogi i
szczypce, po czym smaży się na patelni z dodatkiem soli. (Czego to
ludzie nie wymyślą:)).
Po tej przemiłej gościnie udaliśmy się w poszukiwaniu rozlewni guarapo
i po krótkim czasie ją znaleźliśmy:) Jest to mała bimbrownia - pan
polewał nam z beczki wielką łyżką, a potem za 1000 COP kupiliśmy litrową
butelkę tego lokalnego specjału:) W końcu busikiem wróciliśmy do San Gil i resztę dnia spędziliśmy tu. Obecnie siedzimy w hotelu i jemy owoc, o którym pisałam wczoraj (guanabana). Oto zdjęcie:
Ponoć jest to owoc dobry na wszystko i zawierający wszystkie niezbędne
dla życia pierwiastki i witaminy. Jedząc tylko go można spokojnie żyć i
funkcjonować w zdrowiu. Tutaj ma szczególne zastosowanie w zwalczaniu
nowotworów i przyspiesza powrót do zdrowia po chemioterapii...
Jutro mamy w planie wybrać się nad wodospad Juan Curi i tam spędzić większość dnia, a noc spędzimy w autokarze w drodze do Medelin.
A tak a propos - kupiliśmy już bilety. Przygoda z nimi była śmieszna,
ponieważ na stronie była inna cena (57000 COP/os), a nam w kasie chcieli
sprzedać za 70000 COP/os. W końcu po długich negocjacjach i
"krakowskim targiem "udało się kupić bilety za 60000 COP/os, a pan był w
ciężkim szoku, że mają błąd na stronie...
środa, 5 września 2012
Kolumbia - San Gil
Kolejny dzień podróży rozpoczęliśmy od przemieszczenia się z Villa de Leyva do Arcabuco,
a stąd praktycznie od razu mieliśmy przesiadkę do San Gil. I tak o to
po ok 4h podróży dotarliśmy do cieplejszego klimatu:) Ze znalezieniem
pokoju nie mieliśmy praktycznie problemu. W drugim odwiedzonym przez nas
hotelu zakwaterowaliśmy się. Płacimy za niego najmniej z
dotychczasowych (25000 COP za dobę). Ma wi-fi, ale niestety jak się
dopiero co okazało, nie ma ciepłej wody (tzn jest letnia):(( No, ale
jakoś 2 noce przeżyjemy...Tak w ogóle to podane ceny w przewodniku
troszkę odbiegają od obecnej rzeczywistości. Przeciętnie w prawie każdym
hotelu jest cena 70000COP i więcej za dobę.
Teraz może troszkę więcej o San Gil. Nie jest to może
najpiękniejsze miasto w Kolumbii, ale za to ma swoje plusy. Przede
wszystkim przepiękny park, przez którego środek płynie rzeka. W parku
zachwyca zarówno roślinność jak i ptaki. Nad nami przelatywały i
śpiewały kolorowe kanarki i inne nieznane nam wcześniej ptaszki. Po
drodze zobaczyliśmy też siedzące nisko na drzewach wielkie, kolorowe
papugi - ogólnie bajka. Jest to jeden z ładniejszych, jeśli nie
najładniejszy park, jaki w życiu widzieliśmy. Po środku parku znajduje
się basen ( woda w nim wymienia się wodospadem z rzeką), w którym
jeszcze do niedawna można było się kąpać, ale niestety obecnie jest
zamknięty. Spędziliśmy w tym miejscu kilka przyjemnych godzin.
wtorek, 4 września 2012
Kolumbia - Drugi dzień w Villa de Leyva
Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy bardzo wcześnie, bo już od 6:30, ponieważ
mieliśmy rozbudowany plan, który i tak nas zaskoczył, ale o tym
później. Poranek rozpoczęliśmy od zjedzenia śniadania w kolumbijskiej
knajpce. Z nowości piliśmy sok wyciskany z lulo, którego do tej
pory nigdzie nie spotkaliśmy. Jest to owoc z rodziny "pomidorowatych" -
bardzo ciekawy w smaku, gdyż przypomina różową gumę do żucia dla
dzieci:) Po śniadaniu udaliśmy się małym busikiem (1500 COP/os) w
kierunku El Fosil.
poniedziałek, 3 września 2012
Kolumbia - Villa de Leyva
Już jest ciemno i chłodno, także postanowiliśmy się rozgrzać jakimś
ciepłym trunkiem w przyjemnej kawiarence, a przy okazji okazało się, że
wybrana przez nas ma dostęp do wi - fi, także czas na opisanie kolejnego
dnia naszej wyprawy:)
Poranek zaczęliśmy od prawdziwego, kolumbijskiego śniadania. Zamówiliśmy
Tamal (6000 COP), ponieważ to znajdowało się na większości
tubulczych stolików. Jest to "kokon" w liściach bananowca, którego
środek zbudowany jest na bazie mąki kukurydzianej, fasoli, grochu i
różnego rodzaju mięsa. Danie bardzo smaczne:)
niedziela, 2 września 2012
Kolumbia - Tunja
Dzisiaj w końcu udało nam się spróbować przy okazji śniadania herbaty z liści Koki:)
Jednak wbrew temu co piszą w przewodnikach, nie jest to takie proste i
powszechne...Smak trudno opisać - najprościej to ziołowy. Ogólnie
smaczna, ale nie jest się po niej na haju - gdyby ktoś miał takie
skojarzenie:P
Po posiłku udaliśmy się w poszukiwaniu autobusu, którym moglibyśmy
dojechać do głównej stacji autobusowej. Na szczęście organizator
wycieczki (Kacper:)) jak zwykle się spisał i udało się wsiąść do lekko
zdezelowanego autobusu z szalonym kierowcą na czele i dojechać do celu.
sobota, 1 września 2012
Kolumbia - Bogota
Pierwszy dzień zwiedzania za nami:) Ale od początku....
Zmiana czasu niestety dała się nam we znaki. Nie mogliśmy spać zbyt
długo, więc od siódmej (a w zasadzie od 3 ciągle się budziliśmy)
rozpoczęliśmy zwiedzanie okolicy. Bogota bardzo się nam
spodobała, w odróżnieniu od pozostałych stolic, które w ostatnim czasie
odwiedziliśmy i troszkę nas rozczarowały (mam na myśli Hawanę i Kolombo). Malownicze uliczki, przyjaźnie nastawieni ludzie. Nawet pogoda nam dopisała, a tego obawialiśmy się najbardziej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)