Dziś po porannym śniadaniu, przyniesionym przez mojego męża prosto do
pokoju z bazarku, udaliśmy się na rafting:) Pierwszy raz w życiu
mieliśmy okazję spróbować tej atrakcji, także odważyliśmy się płynąć
troszkę spokojniejszą rzeką Rio Fonce,
ale i tak było fajnie i z emocjami:) Początkowo zostaliśmy wywiezieni
jakieś 10 km od naszego miejsca zamieszkania, potem razem z młodą
kolumbijską parą zostaliśmy troszkę przeszkoleni i ruszyliśmy:) Nasza
przeprawa trwała ok 1h 20 min.
Poza emocjami związanymi z prądami i skałkami, z których kilka razy
spadliśmy pontonem, podziwialiśmy piękno przyrody. Dookoła nas latały
przepiękne, duże, żółte i białe motyle, na skałkach przy brzegu
wygrzewały się iguany, a do tego śpiewały i fruwały kolorowe ptaszki:) W
międzyczasie mój mąż wykąpał się w rzece, a ja musiałam go z powrotem
wciągnąć na pokład. Niezapomniane wrażenia:) Po raftingu szybko się
przebraliśmy, gdyż byliśmy cali mokrzy i wyruszyliśmy w kierunku dworca
autobusowego. Busik praktycznie na nas czekał i po 45 min byliśmy w Barichara.
To piękne, malownicze, małe miasteczko zostało w 1978 roku wpisane na
listę narodowych zabytków (faktycznie zasłużenie). Wszystkie uliczki są
wyłożone płaskimi, ceglastymi kamieniami, całe miasteczko tworzą
malutkie, białe kamieniczki a w samym centrum znajduje się piękna 18 -
to wieczna katedra, odcinająca się od reszty zabudowań.
Poza podziwianiem całokształtu miejscowości, udaliśmy się do małego
kościółka i sąsiadującego parku z amfiteatrem. Na drodze spotkaliśmy
pewną młodą dziewczynę ze Szwajcarii, która ponoć już od 3 tygodni
podróżuje (najpierw Kuba, potem Panama, teraz Kolumbia) i ma w planie
zwiedzić Amerykę Południową, ale nie wie jeszcze gdzie dokładnie się
wybierze i ile czasu na to przeznaczy... Tutaj jest mnóstwo takich
turystów... Co robią w życiu i skąd na to biorą pieniądze? Ciekawe...
Wracając do Barichary - mieliśmy okazję spróbować tu nowych lokalnych
specjałów:) Na obiad zatrzymaliśmy się w malutkiej, ale bardzo
przyjemnej knajpce. Po uregulowaniu rachunku Kacper wdał się w rozmowę z
właścicielem i okazało się, że ma on u siebie to czego poszukiwaliśmy: chicha de maiz i guarapo. Chicha de maiz
jest to napój zrobiony z kukurydzy, która fermentuje w cukrze
trzcinowym kilka dni. Ponoć im dłużej tym lepiej, ale dla mnie 3 dniowa
jest ok, a ok tygodniowa jest już za mocna.
Guarapo jest to z kolei napój uzyskany z trzciny cukrowej, ale
też w procesie fermentacji. Ogólnie różni się znacznie od kubańskiego
guarapo, które jest świeżym, zielonkawym sokiem z trzciny cukrowej.
Właściciel knajpki poczęstował nas poza trunkami hormigas culonas (jadalnymi mrówkami).
Muszę przyznać, że mają ciekawy smak... Ponoć pojawiają się one
lokalnie w kwietniu, są łapane, odrywa się im skrzydełka, nogi i
szczypce, po czym smaży się na patelni z dodatkiem soli. (Czego to
ludzie nie wymyślą:)).
Po tej przemiłej gościnie udaliśmy się w poszukiwaniu rozlewni guarapo
i po krótkim czasie ją znaleźliśmy:) Jest to mała bimbrownia - pan
polewał nam z beczki wielką łyżką, a potem za 1000 COP kupiliśmy litrową
butelkę tego lokalnego specjału:) W końcu busikiem wróciliśmy do San Gil i resztę dnia spędziliśmy tu. Obecnie siedzimy w hotelu i jemy owoc, o którym pisałam wczoraj (guanabana). Oto zdjęcie:
Ponoć jest to owoc dobry na wszystko i zawierający wszystkie niezbędne
dla życia pierwiastki i witaminy. Jedząc tylko go można spokojnie żyć i
funkcjonować w zdrowiu. Tutaj ma szczególne zastosowanie w zwalczaniu
nowotworów i przyspiesza powrót do zdrowia po chemioterapii...
Jutro mamy w planie wybrać się nad wodospad Juan Curi i tam spędzić większość dnia, a noc spędzimy w autokarze w drodze do Medelin.
A tak a propos - kupiliśmy już bilety. Przygoda z nimi była śmieszna,
ponieważ na stronie była inna cena (57000 COP/os), a nam w kasie chcieli
sprzedać za 70000 COP/os. W końcu po długich negocjacjach i
"krakowskim targiem "udało się kupić bilety za 60000 COP/os, a pan był w
ciężkim szoku, że mają błąd na stronie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz