Znów mamy kontakt ze światem, także najwyższy czas na opisanie naszych ostatnich dwóch dni:)
Wczoraj z samego rana wyruszyliśmy w kierunku wysp San Bernardo.
Muszę przyznać, że było warto, choć cenowo niestety wyszło drożej niż
przypuszczaliśmy, a na dodatek zostaliśmy oszukani, ale o tym potem. Na
łódce płynęła z nami grupka studentów z Medellin - bardzo sympatyczni i
komunikatywni ludzie, także z nimi plażowaliśmy i rozmawialiśmy większą
część drogi (nawet po angielsku mogłam porozmawiać, co tutaj jest
rzadkością). Pierwszym punktem wycieczki była mała wysepka Isla Palma z akwarium, z którego zrezygnowaliśmy, ale za to Kacper snurkował. Potem miała być Islote
- najbardziej zaludniona wysepka, ale właśnie tu nas oszukano, bo mimo
wcześniejszych zapewnień, nie pozwolono nam wejść na ląd, a za to ponoć
też płaciliśmy...
Kolejnym punktem była Mucura - wyspa, na której postanowiliśmy
pozostać jeden dzień. Jest to bardzo malownicze miejsce. Bialutki
piasek, przejrzysta, turkusowa woda, żółto - zielone palmy i oczywiście
duuuużo słońca.
W sumie najfajniej zaczęło się dziać, jak reszta grupy odjechała, a my
pozostaliśmy jedynymi turystami wśród tubylców. I tu kilka zdań na temat
malutkiej wioski rybackiej, czyli mieszkańców wysepki (położonej jakieś
10 min od turystycznej plaży). W sumie jest ich około 300 osób. Głównie
ludzie młodzi i malutkie dzieci. Ponoć starsi powymierali, ale nie
udało nam się ustalić ile średnio żyją. Ogólnie jest to zupełnie inny
świat.
My zanocowaliśmy w malowniczym, malutkim domku na palach, położonym nad
samiutkim morzem, także usypialiśmy przy dźwięku fal i w towarzystwie
malutkich jaszczurek, a rano odwiedził nas wielki ptak. Stołowaliśmy się
u jednej z żon rybaków, ponieważ pani u której nocowaliśmy (cena za noc
40000COP po negocjacjach z 600000COP), chciała na nas chyba zbić
majątek w jeden dzień i troszkę poszalała z cenami..
Tak czy inaczej dobrze się stało, bo zaprzyjaźniliśmy się z naszą
kucharką, jej mężem, spędziliśmy z nimi przemiły wieczór, podczas
którego dowiedzieliśmy się więcej na temat ich życia. Może zacznę od
tego co do chwili obecnej wydaje mi się niesamowite, mianowicie Miluri
miała 22 lata, kiedy przyjechała na tę wyspę, tak jak my - jako
turystka. Poznała tutaj swojego obecnego partnera, zakochała się i
postanowiła zostawić życie na lądzie i zamieszkać tutaj. Partnera,
ponieważ mimo iż oni uważają się za katolików, chrzczą dzieci to
wszystkie pary na wyspie są wolnymi związkami. Może jest to związane z
tym, że nie ma tu kościoła i wzięcie ślubu jest bardziej
skomplikowane...? Tak czy inaczej rodziny są dość duże. Miluri ma póki
co 4 synów (obecnie ma 37 lat, a jej partner 32). Kobiety w 90% rodzą na
wyspie, z dala od szpitala i cywilizacji... Na 15 dni przed wyznaczonym
terminem porodu udają się na ląd do lekarza, po to żeby dowiedzieć się
czy mogą rodzić naturalnie... Jakże to odbiega od naszej rzeczywistości?
Ku mojemu zdziwieniu ponoć praktycznie kobiety nie umierają przy
porodach, także ten ich system funkcjonuje chyba nie najgorzej.... W
wiosce jest jeden sklep, który zaopatruje wszystkich mieszkańców i
jeden generator(na benzynę) na sektor, który wykorzystywany jest do
oświetlenia i telewizora. Kiedy zapada zmrok, włączane są głównie
telenowele (sami byliśmy tego świadkami) i większość wsi zasiada przed
jednym telewizorem, wspólnie oglądając. Na wyspie znajduje się szkoła,
która kształci dzieci od 5 do 13 roku życia z jednym profesorem od
wszystkiego na czele. Dzieci bawią się razem, opiekują się sobą na
wzajem, od 2 roku życia umieją już pływać, a np 5 letni synek naszych
znajomych już łowi ryby... Ludzie są ze sobą bardzo zżyci i pomagają
sobie wzajemnie, np jedna z mam, będąca w ciąży, ma komplikacje i
musiała zostać na lądzie w szpitalu. Jej dziećmi zajmują się pozostałe
kobiety z wioski.
Dowiedzieliśmy się, że malutka łódka, którą z resztą mąż Miluri nas zawiózł na Santa Crus de Islotę, dziennie może przywieżć około 300 kg ryb( w ciągu jednego połowu).
Mieszkańcy jednak nie są zupełnie odcięci od świata. W wiosce jedna
kobieta ma telefon komórkowy (są 2 miejsca na wyspie z minimalnym
zasięgiem) i sprzedaje minuty pozostałym.
Co do Isloty (powierzchnia 0, 012 km^2, populacja:1200 osób) - jest to
tak jak już wspomniałam, chyba najbardziej zaludniona wyspa. Praktycznie
każdy metr wyspy jest przeznaczony na budynek. Przy morzu mają małe
akwaria z langustami i rybami. Dzięki uprzejmości jednego z rybaków
miałam możliwość trzymania w rękach jednej z żywych langost.
Także dzień minął nam na rozmowach, próbie zerwania kokosa (niestety
zakończonej fiaskiem), piciu soku kokosowego, plażowaniu i poznawaniu
wyspy. Około 14, po zjedzonym wcześniej przepysznym obiedzie (langusty i ryby Cojinua,
ryżem kokosowym i surówką) wróciliśmy łódką turystyczną do Tolu.
Zazwyczaj udaje się wrócić tańszym kosztem z rybakami, ale niestety my
mieliśmy pecha, bo rybacy płyną do Tolu dopiero jutro, a my jutro
wyruszamy już w kierunku Santa Marty....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz