piątek, 7 września 2012

Kolumbia - San Gil

Dzisiaj mija ostatni dzień naszego pobytu w San Gil. Rano po obfitym, owocowym śniadaniu na bazarku wybraliśmy się w kierunku wodospadu Juan Curi.

czwartek, 6 września 2012

Kolumbia - San Gil/Barichara

Dziś po porannym śniadaniu, przyniesionym przez mojego męża prosto do pokoju z bazarku, udaliśmy się na rafting:) Pierwszy raz w życiu mieliśmy okazję spróbować tej atrakcji, także odważyliśmy się płynąć troszkę spokojniejszą rzeką Rio Fonce, ale i tak było fajnie i z emocjami:) Początkowo zostaliśmy wywiezieni jakieś 10 km od naszego miejsca zamieszkania, potem razem z młodą kolumbijską parą zostaliśmy troszkę przeszkoleni i ruszyliśmy:) Nasza przeprawa trwała ok 1h 20 min. 

Poza emocjami związanymi z prądami i skałkami, z których kilka razy spadliśmy pontonem, podziwialiśmy piękno przyrody. Dookoła nas latały przepiękne, duże, żółte i białe motyle, na skałkach przy brzegu wygrzewały się iguany, a do tego śpiewały i fruwały kolorowe ptaszki:) W międzyczasie mój mąż wykąpał się w rzece, a ja musiałam go z powrotem wciągnąć na pokład. Niezapomniane wrażenia:) Po raftingu szybko się przebraliśmy, gdyż byliśmy cali mokrzy i wyruszyliśmy w kierunku dworca autobusowego. Busik praktycznie na nas czekał i po 45 min byliśmy w Barichara. To piękne, malownicze, małe miasteczko zostało w 1978 roku wpisane na listę narodowych zabytków (faktycznie zasłużenie). Wszystkie uliczki są wyłożone płaskimi, ceglastymi kamieniami, całe miasteczko tworzą malutkie, białe kamieniczki a w samym centrum znajduje się piękna 18 - to wieczna katedra, odcinająca się od reszty zabudowań.





Poza podziwianiem całokształtu miejscowości, udaliśmy się do małego kościółka i sąsiadującego parku z amfiteatrem. Na drodze spotkaliśmy pewną młodą dziewczynę ze Szwajcarii, która ponoć już od 3 tygodni podróżuje (najpierw Kuba, potem Panama, teraz Kolumbia) i ma w planie zwiedzić Amerykę Południową, ale nie wie jeszcze gdzie dokładnie się wybierze i ile czasu na to przeznaczy... Tutaj jest mnóstwo takich turystów... Co robią w życiu i skąd na to biorą pieniądze? Ciekawe... Wracając do Barichary - mieliśmy okazję spróbować tu nowych lokalnych specjałów:) Na obiad zatrzymaliśmy się w malutkiej, ale bardzo przyjemnej knajpce. Po uregulowaniu rachunku Kacper wdał się w rozmowę z właścicielem i okazało się, że ma on u siebie to czego poszukiwaliśmy: chicha de maiz i guarapo. Chicha de maiz jest to napój zrobiony z kukurydzy, która fermentuje w cukrze trzcinowym kilka dni. Ponoć im dłużej tym lepiej, ale dla mnie 3 dniowa jest ok, a ok tygodniowa jest już za mocna.






Guarapo jest to z kolei napój uzyskany z trzciny cukrowej, ale też w procesie fermentacji. Ogólnie różni się znacznie od kubańskiego guarapo, które jest świeżym, zielonkawym sokiem z trzciny cukrowej. Właściciel knajpki poczęstował nas poza trunkami hormigas culonas (jadalnymi mrówkami). Muszę przyznać, że mają ciekawy smak... Ponoć pojawiają się one lokalnie w kwietniu, są łapane, odrywa się im skrzydełka, nogi i szczypce, po czym smaży się na patelni z dodatkiem soli. (Czego to ludzie nie wymyślą:)).  


Po tej przemiłej gościnie udaliśmy się w poszukiwaniu rozlewni guarapo i po krótkim czasie ją znaleźliśmy:) Jest to mała bimbrownia - pan polewał nam z beczki wielką łyżką, a potem za 1000 COP kupiliśmy litrową butelkę tego lokalnego specjału:) W końcu busikiem wróciliśmy do San Gil i resztę dnia spędziliśmy tu. Obecnie siedzimy w hotelu i jemy owoc, o którym pisałam wczoraj (guanabana). Oto zdjęcie:


Ponoć jest to owoc dobry na wszystko i zawierający wszystkie niezbędne dla życia pierwiastki i witaminy. Jedząc tylko go można spokojnie żyć i funkcjonować w zdrowiu. Tutaj ma szczególne zastosowanie w zwalczaniu nowotworów i przyspiesza powrót do zdrowia po chemioterapii... Jutro mamy w planie wybrać się nad wodospad Juan Curi i tam spędzić większość dnia, a noc spędzimy w autokarze w drodze do Medelin. A tak a propos - kupiliśmy już bilety. Przygoda z nimi była śmieszna, ponieważ na stronie była inna cena (57000 COP/os), a nam w kasie chcieli sprzedać za 70000 COP/os. W końcu po długich negocjacjach i "krakowskim targiem "udało się kupić bilety za 60000 COP/os, a pan był w ciężkim szoku, że mają błąd na stronie...

środa, 5 września 2012

Kolumbia - San Gil

Kolejny dzień podróży rozpoczęliśmy od przemieszczenia się z Villa de Leyva do Arcabuco, a stąd praktycznie od razu mieliśmy przesiadkę do San Gil. I tak o to po ok 4h podróży dotarliśmy do cieplejszego klimatu:) Ze znalezieniem pokoju nie mieliśmy praktycznie problemu. W drugim odwiedzonym przez nas hotelu zakwaterowaliśmy się. Płacimy za niego najmniej z dotychczasowych (25000 COP za dobę). Ma wi-fi, ale niestety jak się dopiero co okazało, nie ma ciepłej wody (tzn jest letnia):(( No, ale jakoś 2 noce przeżyjemy...Tak w ogóle to podane ceny w przewodniku troszkę odbiegają od obecnej rzeczywistości. Przeciętnie w prawie każdym hotelu jest cena 70000COP i więcej za dobę. Teraz może troszkę więcej o San Gil. Nie jest to może najpiękniejsze miasto w Kolumbii, ale za to ma swoje plusy. Przede wszystkim przepiękny park, przez którego środek płynie rzeka. W parku zachwyca zarówno roślinność jak i ptaki. Nad nami przelatywały i śpiewały kolorowe kanarki i inne nieznane nam wcześniej ptaszki. Po drodze zobaczyliśmy też siedzące nisko na drzewach wielkie, kolorowe papugi - ogólnie bajka. Jest to jeden z ładniejszych, jeśli nie najładniejszy park, jaki w życiu widzieliśmy. Po środku parku znajduje się basen ( woda w nim wymienia się wodospadem z rzeką), w którym jeszcze do niedawna można było się kąpać, ale niestety obecnie jest zamknięty. Spędziliśmy w tym miejscu kilka przyjemnych godzin. 

wtorek, 4 września 2012

Kolumbia - Drugi dzień w Villa de Leyva

Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy bardzo wcześnie, bo już od 6:30, ponieważ mieliśmy rozbudowany plan, który i tak nas zaskoczył, ale o tym później. Poranek rozpoczęliśmy od zjedzenia śniadania w kolumbijskiej knajpce. Z nowości piliśmy sok wyciskany z lulo, którego do tej pory nigdzie nie spotkaliśmy. Jest to owoc z rodziny "pomidorowatych" - bardzo ciekawy w smaku, gdyż przypomina różową gumę do żucia dla dzieci:) Po śniadaniu udaliśmy się małym busikiem (1500 COP/os) w kierunku El Fosil

poniedziałek, 3 września 2012

Kolumbia - Villa de Leyva

Już jest ciemno i chłodno, także postanowiliśmy się rozgrzać jakimś ciepłym trunkiem w przyjemnej kawiarence, a przy okazji okazało się, że wybrana przez nas ma dostęp do wi - fi, także czas na opisanie kolejnego dnia naszej wyprawy:) Poranek zaczęliśmy od prawdziwego, kolumbijskiego śniadania. Zamówiliśmy Tamal (6000 COP), ponieważ to znajdowało się na większości tubulczych stolików. Jest to "kokon" w liściach bananowca, którego środek zbudowany jest na bazie mąki kukurydzianej, fasoli, grochu i różnego rodzaju mięsa. Danie bardzo smaczne:) 
 


niedziela, 2 września 2012

Kolumbia - Tunja

Dzisiaj w końcu udało nam się spróbować przy okazji śniadania herbaty z liści Koki:) Jednak wbrew temu co piszą w przewodnikach, nie jest to takie proste i powszechne...Smak trudno opisać - najprościej to ziołowy. Ogólnie smaczna, ale nie jest się po niej na haju - gdyby ktoś miał takie skojarzenie:P Po posiłku udaliśmy się w poszukiwaniu autobusu, którym moglibyśmy dojechać do głównej stacji autobusowej. Na szczęście organizator wycieczki (Kacper:)) jak zwykle się spisał i udało się wsiąść do lekko zdezelowanego autobusu z szalonym kierowcą na czele i dojechać do celu. 

sobota, 1 września 2012

Kolumbia - Bogota

Pierwszy dzień zwiedzania za nami:) Ale od początku.... Zmiana czasu niestety dała się nam we znaki. Nie mogliśmy spać zbyt długo, więc od siódmej (a w zasadzie od 3 ciągle się budziliśmy) rozpoczęliśmy zwiedzanie okolicy. Bogota bardzo się nam spodobała, w odróżnieniu od pozostałych stolic, które w ostatnim czasie odwiedziliśmy i troszkę nas rozczarowały (mam na myśli Hawanę i Kolombo). Malownicze uliczki, przyjaźnie nastawieni ludzie. Nawet pogoda nam dopisała, a tego obawialiśmy się najbardziej.